— Ach, jak się cieszę — zawołała, klaszcząc w dłonie — to znaczy — poprawiła się, rumieniąc — nie z tego, że pan nie zbiera pieniędzy dla pogan, bo o nich i tak troszczy się wiele innych osób, ale dlatego, że pan na pewno zajmie się Jimmym Beanem. O, teraz jestem pewna, że go pan weźmie do siebie!
— Kogo?
— Jimmy’ego Beana! On da panu „obecność dziecka”, która przyczyni się do stworzenia ogniska domowego, a i on też będzie bardzo zadowolony. Przed tygodniem zmuszona byłam powiedzieć mu, że panie z dobroczynności, do których pisałam, odmówiły zajęcia się nim i był tym bardzo zmartwiony. A teraz, gdy się dowie, będzie uszczęśliwiony!
— On tak, ale nie ja! — powiedział stanowczo pan Pendleton. — Zresztą, Pollyanno, to, co mówisz, jest niedorzecznością.
— Ale pan nie chce przez to powiedzieć, że go do siebie nie weźmie?
— Właśnie to chcę powiedzieć.
— Przecież gdy on tu będzie — mówiła prawie ze łzami w oczach Pollyanna — nie będzie pan się czuł tak samotnie!
— Nie wątpię o tym — odparł pan Pendleton — ale w tym wypadku wolę moją samotność.
Wtedy Pollyanna postanowiła użyć ostatniego oręża. Kiedyś Nancy, opowiadając Pollyannie o panu Pendletonie i chcąc powiedzieć, że jest taki ponury dlatego, że prawdopodobnie ma jakieś kłopoty i zmartwienia, które go gnębią, użyła pewnego alegorycznego określenia, a mianowicie — że „trzyma kościotrupa w szafie”19. Pollyanna zrozumiała to dosłownie i od tej chwili, aczkolwiek nigdy o tym nie mówiła, zawsze ciekawa była zobaczyć tę szafę z kościotrupem.
— O tak — powiedziała więc teraz — chyba pan uważa, że mały, żywy chłopiec mniej jest wart niż kościotrup, którego pan gdzieś przechowuje! Ja jestem innego zdania!