— No pewnie, ciociu — odparła Pollyanna — że lepiej mieć złamaną nogę, jak pan Pendleton, niż być chorą przez całe życie, tak jak pani Snow! Złamana noga zrośnie się, a kaleka pozostanie zawsze kaleką.

Panna Polly gwałtownie wstała, gdyż nie mogła znieść wzroku siostrzenicy, i podszedłszy do biurka, zaczęła odruchowo przerzucać książki i bezcelowo przestawiać z miejsca na miejsce różne przedmioty. Nie wyobrażała sobie, czy kiedykolwiek będzie miała odwagę powiedzieć dziewczynce, że to nie było złamanie, lecz zupełnie co innego.

Pollyanna tymczasem przypatrywała się ruchomym promieniom tęczowym, których pełno było w pokoju z powodu porozwieszanych na oknie szkiełek.

— Cieszę się także — mówiła w dalszym ciągu — że nie jest to żadna zakaźna choroba, ponieważ ciocia nie mogłaby wtedy być przy mnie!

— Widzę, kochanie, jesteś z wielu rzeczy zadowolona — powiedziała panna Polly.

— A tak, ciociu! I to zawsze wtedy, gdy patrzę na te widma słoneczne. Tak bardzo je lubię i tak bardzo wdzięczna jestem za nie panu Pendletonowi. Nie wiem dlaczego, ale zdaje mi się, że się cieszę nawet z tego wypadku samochodowego.

— Pollyanno!

Pollyanna z łagodnym uśmiechem spojrzała na pannę Polly.

— Bo od chwili, gdy jestem chora, ciocia, mówiąc do mnie, powiedziała kilka razy „kochanie”, co się dawniej nigdy nie zdarzało. A to takie przyjemne! Przedtem kilka pań z dobroczynności nazywało mnie tak. Było to bardzo uprzejmie z ich strony, ale nie robiło takiej przyjemności, jak teraz, gdy wyraz ten słyszę z ust cioci, która jest moją, moją!

Panna Polly dotknęła ręką szyi, jakby chcąc odepchnąć coś, co ją dusiło, a nie mogąc powstrzymać łez, pośpiesznie opuściła pokój, korzystając z tego, że w tej chwili właśnie weszła pielęgniarka.