— Jakże ona to przyjęła?

— Nie zdaje sobie sprawy z tego, co w rzeczywistości się stało, a ja nie czuję się na siłach powiedzieć jej tego.

— Czyż nie czuje, że nie może poruszać nogami?

— Czuje, naturalnie! Ale myśli, że jest to złamanie i cieszy się z tego, mówiąc, że woli mieć złamane nogi, tak jak pan, niż być stale chora, jak pani Snow. Cały czas mówi o tym! Boże, jakie to straszne!

Pan Pendleton widział znękaną pannę Polly oraz oczy jej pełne łez i bezwiednie myśli jego wróciły do tego dnia, kiedy Pollyanna, opierając się namowie, aby zamieszkać u niego, powiedziała mu, że nie mogłaby opuścić swej ciotki. Wspomnienia te spowodowały, że zwrócił się do panny Polly i cichym, stłumionym głosem odezwał się:

— Czy pani wie, panno Harrington, że ja usiłowałem namówić Pollyannę, aby zamieszkała u mnie?

— U pana?

Pan Pendleton zadrżał na dźwięk głosu, jakim te słowa zostały wypowiedziane, lecz mówił dalej:

— Tak! Domyśla się pani zapewne, że chciałem ją adoptować i, naturalnie, uczynić moją spadkobierczynią.

Panna Polly zmiękła. Zrozumiała nagle, jaka świetna przyszłość otwierałaby się przed Pollyanną dzięki takiej adopcji i zapytała siebie w duchu, czy Pollyanna ze względu na swój wiek mogłaby być na tyle interesowna21, aby ją nęcił majątek pana Pendletona.