— Chciałem tylko powiedzieć, że byłoby to w jej przypadku coś zdumiewającego — odparł z powagą.
— Tak, byłoby przedtem, lecz nie jestem pewna, czy tak samo by było teraz. Mam wrażenie, że nasza pani byłaby teraz zdolna do wszystkiego, nawet do gry w zadowolenie.
— Ale czyżby mała nie mówiła jej o tej grze? — pytał Tomasz. — Przecież opowiadała o niej wszystkim.
— Nie — odpowiedziała Nancy — pannie Polly nie mówiła o tym nigdy. Nadmieniła mi kiedyś, że jej ciotka nie lubi, by wspominać o jej szwagrze, a ponieważ gra w zadowolenie jest ściśle związana z ojcem Pollyanny, więc nie mówi o tym ciotce.
— A tak, pamiętam, pamiętam — rzekł starzec — panna Polly była zawsze wrogo względem niego usposobiona. Mówiła, że odebrał jej siostrę, którą bardzo kochała, i nigdy nie mogła mu tego przebaczyć! Tak, tak, pamiętam... to było bardzo smutne.
Nancy nic na to nie powiedziała i westchnąwszy głęboko, wróciła do kuchni.
Dni oczekiwania na doktora z Nowego Jorku były dla wszystkich bardzo męczące. Pielęgniarka usiłowała być wesoła, lecz oczy jej zdradzały lęk i bojaźń; doktor Warren był wyraźnie zniecierpliwiony i zdenerwowany. Panna Polly mówiła mało i ani koronki, ani wstążki na szyi nie zdołały ukryć tego, że chudnie z każdym dniem i staje się coraz bledsza. Pollyanna zaś pieściła psa, głaskała kota, zachwycała się kwiatami, jadła owoce i ciastka i odpowiadała na liczne wyrazy współczucia, nadsyłane zewsząd, ale również chudła i bladła, zgnębiona w głębi duszy niemożnością władania nóżkami, które teraz spoczywały nieruchomo pod kołdrą.
Gra w zadowolenie zaś pozostawała chwilowo w zawieszeniu. Pollyanna często mówiła Nancy, jakby to było dobrze, gdyby mogła już chodzić do szkoły, odwiedzać panią Snow i pana Pendletona i jeździć na spacer z doktorem Chiltonem, ale były to tylko widoki na przyszłość, w chwili obecnej zaś nie znajdowała dla siebie nic pocieszającego.
Nancy rozumiała to dobrze i płakała gorzko, gdy nikt tego nie widział.