— Biedactwo! Ciągle powtarza, że tak by chciała jeszcze raz przyprowadzić Jimmy’ego do pana! Ale jest to niemożliwe! Ach, mój Boże! Co to za nieszczęście! No, ale teraz już naprawdę idę! Przepraszam pana i do widzenia! — dodała, wychodząc.
Wkrótce wiedzieli wszyscy, iż znakomity lekarz, specjalista z Nowego Jorku orzekł, że Pollyanna nie będzie mogła chodzić, i nigdy jeszcze całe miasto nie było niczym tak wzruszone. Wszyscy znali przynajmniej z widzenia radosną, z lekka piegowatą twarzyczkę, mile i uprzejmie uśmiechającą się do każdego i prawie wszyscy wiedzieli o słynnej grze Pollyanny.
I pomyśleć tylko, że nie spotkają już tej promiennej twarzyczki, nie zobaczą już radosnego uśmiechu o każdej porze dnia! Wszystko to zdawało się czymś niemożliwym, okrutnym, czymś nie do uwierzenia.
Mówiono o niej i w kuchni, i w salonie, i na spacerach, a miejscowe panie płakały przy tym rzewnie; panowie, gdy się spotkali czy na ulicy, czy w sklepie, mówili o niej ze szczerym współczuciem.
A tymczasem Pollyanna martwiła się i rozpaczała — że nie będzie mogła nadal grać w zadowolenie.
Każdy chciał się czegoś dowiedzieć o chorej i panna Polly ze zdziwieniem przyjmowała odwiedziny znajomych i nieznajomych panów, pań i dzieci, dopiero teraz dowiadując się, jak wielką sympatią cieszyła się jej siostrzenica.
Jedni przychodzili, aby zapytywać, czy się czasem nie polepszyło, inni przynosili książki, kwiaty lub jakieś łakocie, niektórzy płakali szczerze i otwarcie lub tylko ukradkiem ocierali łzy.
Jednym z pierwszych był pan Pendleton, który tym razem przyszedł już nie o kulach.
— Nie potrzebuję mówić pani, jak bardzo jestem zmartwiony — przemówił oschle. — Czy nic się nie da zrobić?
Panna Polly spojrzała na niego z rozpaczą.