— Tak, powinien pan ją zobaczyć i zbadać! Czy nie mógłby pan zrobić tego przez doktora Warrena?
Doktor Chilton poruszył przecząco głową.
— Mam wrażenie, że nie. Doktor Warren i tak już postąpił względem mnie bardzo lojalnie. Mówił mi, że proponował konsylium, w którym ja też miałem przyjąć udział, ale panna Polly odmówiła w sposób tak stanowczy, że nie mógłby wszczynać w tym kierunku żadnych dalszych kroków, nawet wiedząc, jak bardzo mi na tym zależy. Ale ja muszę, muszę ją zobaczyć! Niech pan coś wymyśli, aby to zrobić! Nie mogę przecież udać się z tym do jej ciotki, tym bardziej, że jestem przekonany, że mi odmówi.
— Więc trzeba zrobić tak, aby sama pana zaprosiła!
— Ale jak to zrobić?
— Na razie nie wiem... pomyślę.
— Rozumiem ją dobrze — mówił doktor Chilton — ale cóż z tego! Zanadto jest dumna, aby zrobić pierwszy krok pojednawczy. A tymczasem, gdy pomyślę, że to biedne dziecko skazane jest na mękę wiecznego leżenia, to...
Doktor Chilton nie skończył, lecz, nerwowo ściskając ręce, zaczął chodzić dużymi krokami z kąta w kąt.
— A gdyby tak ktoś inny dał jej do zrozumienia...? — powiedział pan Pendleton.
— Dobrze, ale kto?