Doktor Chilton zmarszczył brwi.
— Nie! Mam przecież trochę ambicji.
— Ale ponieważ pan tak się obawia o dziewczynkę, czy nie można by chociaż na chwilę zapomnieć o kłótni, która was poróżniła?
— Ach nie, nie to mam na myśli! Gdyby o to tylko chodziło, naturalnie poszedłbym bez wahania, lecz tu wchodzi jeszcze w grę ambicja zawodowa. Rozumie pan: dziecko jest chore, a ja jestem lekarzem! Nie mogę przecież powiedzieć: „Zawołajcie, zaproście mnie”!
— Lecz cóż takiego między wami zaszło?
— Nic... głupstwo... drobiazg... Ale w tej chwili chodzi o to, żebym zobaczył Pollyannę! Jest to po prostu kwestia życia. Powiem panu szczerze, iż jestem prawie przekonany, że można jej będzie przywrócić zdolność chodzenia.
Słowa te, wypowiedziane stanowczo i dobitnie i przeznaczone w tej chwili wyłącznie dla pana Pendletona, usłyszał wypadkiem jeszcze ktoś! Mianowicie panowie rozmawiali przy otwartym oknie, a tuż w ogródku pracował przy kwiatach Jimmy. Usłyszawszy te słowa, przystanął jak skamieniały i zaczął przysłuchiwać się dalszej rozmowie.
— A więc, doktorze, powiada pan, że Pollyannie można by przywrócić władzę w nóżkach? Ależ w jaki sposób?
— Otóż — odpowiedział poważnie doktor Chilton — aczkolwiek wiem o jej przypadku tylko z opowiadań, gdyż nie mam do niej przystępu, wypadek ten przypomina mi identyczny, który kiedyś miał w swej praktyce lekarskiej jeden z moich kolegów. Studiował on przez dłuższy czas ten rodzaj choroby, a ponieważ mieszkaliśmy wówczas razem, więc i ja miałem możność zaznajomienia się nieco i z tą dziedziną. Z tego wnioskuję... Ale ja muszę ją zobaczyć, zbadać... muszę!
Pan Pendleton podniósł się z krzesła.