Tak dzień po dniu przeszła zima i nastąpiła wiosna. Jednak osoby stojące bliżej chorej, jak doktor Warren, panna Polly, pielęgniarka i nawet Nancy, przekonywały się z bólem w sercu, że stosowane wciąż środki lekarskie nie przynosiły poprawy. Zdawało się, że spełnia się smutna przepowiednia specjalisty z Nowego Jorku i że Pollyanna naprawdę nigdy już nie będzie mogła chodzić.

Całe miasto również śledziło z zainteresowaniem doniesienia o zdrowiu Pollyanny, ale był jeden człowiek, którego wyjątkowo niepokoił stan chorej i który z większą niż wszyscy niecierpliwością oczekiwał pozytywnych jego zmian. Lecz czas upływał i nie przynosił żadnego polepszenia, więc człowiek ów był coraz bardziej zdenerwowany i zaniepokojony; zdawało się, że toczy jakąś wewnętrzną walkę.

Rezultatem tej walki było to, że pewnego poranku zameldowano panu Pendletonowi wizytę doktora Chiltona.

— Przyszedłem do pana — zaczął doktor — dlatego, iż pan lepiej niż kto inny w mieście zna mój stosunek do panny Harrington.

Twarz pana Pendletona z lekka drgnęła, gdyż rzeczywiście wiedział o wszystkim, lecz od lat piętnastu nikt nie wspominał o tym nigdy.

— Owszem — odpowiedział, starając się nie zdradzać zbyt wielkiej ciekawości, tym bardziej, że zauważył od razu, że doktor Chilton był mocno poruszony.

— Panie Pendleton, ja powinienem zobaczyć to dziecko, zbadać je! Muszę to zrobić! — zawołał ten zupełnie niespodziewanie.

— A więc dlaczego pan tego nie zrobi?

— Przecież pan wie dobrze, że od piętnastu lat nie przestąpiłem progu tego domu. Natomiast nie wie pan oczywiście tego, że właścicielka jego powiedziała mi, że z chwilą, gdy mi zaproponuje wejście do swego domu, będzie to jakby przeproszenie z jej strony i że wtedy wszystko ma być po staremu, co znaczy, że zgodzi się zostać moją żoną. Pan przecież nie może zaprosić mnie do jej domu w jej imieniu!

— A czy nie mógłby pan pójść tak, bez zaproszenia?