— Jak się masz — zaczęła grzecznie Pollyanna. — Przychodzę od panny Harrington i jeśli to możliwe, miałabym wielką chęć zobaczyć panią Snow.

— Owszem — odpowiedziała dziewczynka i dodała półgłosem — Jesteś pierwszą osobą, która ma chęć ją zobaczyć!

Lecz Pollyanna tych ostatnich słów nie słyszała, idąc za dziewczynką długim, wąskim i ciemnym korytarzem. Wreszcie dziewczynka otworzyła drzwi do pokoju chorej, a gdy Pollyanna weszła, zamknęła je z powrotem.

Pollyanna przystanęła tuż przy progu, gdyż wzrok jej nie był jeszcze przyzwyczajony do ciemności panujących w pokoju. Wreszcie zobaczyła kobietę na pół leżącą na łóżku wystawionym na środek pokoju.

Zbliżyła się do chorej.

— Jak się pani miewa? Ciocia Polly spodziewa się, że jest pani znacznie lepiej i przysyła galaretkę z nóżek cielęcych.

— O Boże, galaretka! — usłyszała Pollyanna zniecierpliwione westchnienie. — Oczywiście, jestem jej bardzo wdzięczna, ale spodziewałam się, że mi przyśle dziś rosołu!

Pollyanna zmarszczyła brwi.

— A ja myślałam, że gdy pani dostaje galaretkę, to prosi o kurczę!

— Co takiego? Coś ty powiedziała? — zawołała chora, odwracając się do Pollyanny.