— Nic takiego, proszę pani — pośpieszyła z odpowiedzią Pollyanna. — To tylko Nancy opowiadała mi, że pani pragnie kurczęcia, gdy otrzymuje galaretkę, a znów rosołu wtedy, gdy otrzymuje kurczę. Ale może być, że Nancy się pomyliła — dodała, jakby usprawiedliwiając się.

Na te słowa chora kobieta wyprostowała się na łóżku, czego nigdy nie robiła.

— A ty kim jesteś, panno Grubianno8? — zapytała zjadliwie.

— O, proszę pani, to wcale nie jest moje imię. Zresztą cieszę się bardzo, że go nie noszę. Nazywam się Pollyanna Whittier, jestem siostrzenicą panny Harrington i mieszkam u niej. Dlatego też dziś ja przynoszę pani galaretkę.

Z początku chora słuchała, zdradzając pewne zainteresowanie, lecz na wspomnienie galaretki opadła na poduszkę i przestała słuchać.

— Bardzo dobrze, dziękuję — przemówiła wreszcie — twoja ciotka jest bardzo uprzejma, lecz dziś właśnie miałam ochotę na rosół. Tej nocy ani na chwilę nie zmrużyłam oka — skarżyła się dalej.

— Ach, jakbym ja tak chciała! — westchnęła Pollyanna, stawiając galaretkę na nocnym stoliku i siadając na krześle przy łóżku. — Tyle się traci czasu, śpiąc!

— Traci się czas, śpiąc? — zawołała chora ze zdumieniem.

— A tak! Wtedy, kiedy można by żyć! Rozumie pani? Jaka szkoda, że my nie możemy żyć w nocy!

Chora znów się podniosła.