— Właśnie to zauważyłam i dlatego też mówię do pana o tym — zawołała Pollyanna rozpromieniona.

— Hm... co? Jak mówisz? — zapytał „Pan”, jakby zaczynając rozumieć, co do niego mówiono.

— Powtarzam, że mówię panu o tym dlatego, że pan sam nie widzi. Przypuszczam, że panu przyjemnie by było pomyśleć trochę o słońcu, ale pan wygląda tak, jakby nigdy tego nie robił.

— Jesteś bardzo dziwna... — nie dokończył i odszedł, ale po kilku krokach zawrócił i znów zbliżył się do Pollyanny.

— Czemu nie znajdziesz sobie dziecka w twoim wieku, by z nim rozmawiać?

— Chciałabym bardzo, lecz w sąsiedztwie nie ma nikogo. Zresztą nie martwię się tym. Nawet wolę czasem dorosłe osoby, bo się przyzwyczaiłam do pań z dobroczynności!

— Hm... Pań z dobroczynności! Czy czasem nie bierzesz mnie za jedną z nich?

„Pan” skrzywił usta, jakby się chciał zaśmiać, lecz zaraz się powstrzymał.

Za to Pollyanna wybuchnęła szczerym śmiechem.

— O nie! Pan nie jest podobny do żadnej z tych pań! I nie dlatego, aby pan był mniej dobry niż one! Jestem przekonana, że pan jest znacznie lepszy, niż się wydaje.