Co prawda, panna Polly wcale nie miała zamiaru odwiedzać Pollyanny. Szła na strych, aby wydostać z szafy biały wełniany szal, lecz zamiast tego znalazła się w pokoiku siostrzenicy. Nie był to od przyjazdu Pollyanny pierwszy wypadek, że panna Polly nieoczekiwanie robiła coś wręcz przeciwnego swym zamiarom.

— To takie miłe, gdy ktoś nas odwiedza, — mówiła Pollyanna, podsuwając ciotce krzesło gestem takim, jak gdyby ofiarowywała gościnę przynajmniej w jakimś pałacu — zwłaszcza, gdy się posiada swój własny pokój! Co prawda, przedtem też miałam oddzielny pokoik, ale był wynajęty, a to nie jest tak przyjemnie, jak posiadać własny! Wszak to jest mój pokoik, ciociu?

— No tak, twój, Pollyanno — zgodziła się panna Polly, dziwiąc się w duszy samej sobie, że jeszcze tu siedzi i nie poszła po szal.

— Bardzo lubię ten pokoik, chociaż nie ma w nim ani dywanów, ani firanek, ani obrazów...

Pollyanna chciała jeszcze coś mówić, gdy wtem panna Polly przerwała szorstko:

— Pollyanno! Co chcesz przez to powiedzieć?

— Nic, ciociu — odpowiedziała, rumieniąc się, Pollyanna — naprawdę nic!

— Skoro jednak zaczęłaś, proszę dokończyć! — nakazującym tonem rzekła ciotka.

— Chciałam tylko powiedzieć — mówiła mocno zażenowana9 Pollyanna — że kiedyś marzyłam o dywanach, o koronkowych firankach, ale naturalnie...

— Marzyłaś o dywanach i o firankach? — przerwała panna Polly.