I wybiegając z pokoju, dodała wesoło:
— Wiedziałam, że ciocia będzie tak samo myślała!
— Pollyanno, Pollyanno — wołała za nią panna Polly — ja nie chcę...
Lecz Pollyanna już była w kuchni.
— Nancy, zobacz to małe kociątko, które ciocia Polly będzie wychowywać razem ze mną!
A panna Polly, która nienawidziła kotów, zostawszy sama, upadła na fotel rozgniewana, lecz zarazem niezdolna do protestu.
Następnego dnia zjawił się pies, bardziej może brudny i opuszczony niż kotek, a panna Polly, ku swemu wielkiemu przerażeniu, znalazła się znów w roli protektorki — roli, którą Pollyanna przeznaczyła jej bez namysłu, tak jakby to było całkiem naturalne, i nienawidząc psów jeszcze bardziej niż kotów, była znów zbyt bezsilna, aby zaprotestować.
Gdy jednak po tygodniu Pollyanna przyprowadziła do domu małego, obdartego chłopca i zażądała od ciotki takiej samej dla niego opieki, panna Polly tym razem stanowczo zaprotestowała.
A było to tak.
Pewnego ślicznego poranka Pollyanna niosła galaretkę z nóżek cielęcych dla pani Snow. Pollyanna i pani Snow były teraz najserdeczniejszymi przyjaciółkami, a przyjaźń ta zawiązała się od chwili, gdy Pollyanna powiedziała pani Snow o grze w zadowolenie. Chora bawiła się teraz stale z Pollyanną w tę grę, chociaż z początku nie szło jej dobrze. Zresztą nic w tym dziwnego: ponieważ zawsze była niezadowolona, teraz trudno jej było ze wszystkiego się cieszyć! Ale pod świetnym kierownictwem Pollyanny pani Snow robiła coraz większe postępy. Dziś na przykład, ku wielkiej radości Pollyanny, oświadczyła, że cieszy się bardzo z przyniesionej galaretki, gdyż właśnie na nią miała ochotę!