Rozmyślając o tym wszystkim, Pollyanna wracała do domu, gdy wtem ujrzała małego chłopca, siedzącego na trawie przy drodze i strugającego gałązkę.

— Dzień dobry! — zawołała grzecznie Pollyanna.

Chłopiec spojrzał na nią, lecz zaraz się odwrócił.

— Czego chcesz? — mruknął ponuro.

Pollyanna roześmiała się.

— O, ty wyglądasz na takiego, który by się nie ucieszył nawet z galaretki z nóżek cielęcych — rzekła, zatrzymując się przy nim.

Chłopiec spojrzał na nią ze zdziwieniem, lecz nic nie odpowiedział i znów strugał gałązkę starym, powyszczerbianym scyzorykiem.

Pollyanna namyślała się chwilkę, a potem usiadła obok chłopca na trawie.

Pomimo stanowczych zapewnień Pollyanny, że dzięki paniom z dobroczynności jest przyzwyczajona do ciągłego obcowania z dorosłymi, czuła bezwiedny pociąg do towarzystwa rówieśników. Stąd właśnie ta chęć skorzystania z okazji, którą nasunął jej przypadek.

— Nazywam się Pollyanna Whittier — zaczęła grzecznie. — A ty?