Panna Polly z początku zbladła, potem zaczerwieniła się tak, jakby cała krew spłynęła jej do twarzy. Nie rozumiała wszystkiego, lecz to, co zrozumiała, wystarczyło.
— Pollyanno, co to znaczy? Kim jest ten brudny, mały chłopiec? Gdzieś go znalazła? — pytała ostro.
„Brudny, mały chłopiec” zrobił kilka kroków w kierunku drzwi. Pollyanna śmiała się radośnie.
— Ach, ciociu, zapomniałam powiedzieć ci jego imię! Jestem taka sama jak „Pan”. Jest brudny? Nieprawdaż? Jak Fluffi i Buffi, kiedy ich cioci przyprowadziłam! Ale będzie znacznie ładniejszy, gdy się umyje i wyczyści... Tak samo jak i oni, i... ach, znów zapomniałam — dodała, wciąż się śmiejąc — to jest Jimmy Bean, ciociu!
— Lecz co on tu robi?
Pollyanna spojrzała na ciotkę ze zdumieniem.
— Zaraz powiem, ciociu — rzekła. — Przyprowadziłam go, aby tu mieszkał, gdyż szuka przytułku i opieki. Opowiedziałam mu, jaka ciocia była dobra dla mnie, dla Fluffi i Buffi, i powiedziałam, iż wiem, że ciocia będzie taka sama i dla niego, lepsza nawet niż dla kota i psa.
Panna Polly wgłębiła się w fotel i drżącą ręką dotknęła gardła. Czuła, że znów opanowuje ją znana jej niemoc. Postanowiła jednak walczyć. Wyprostowała się.
— Wystarczy, Pollyanno! Większego głupstwa nie mogłaś chyba popełnić! Tak jakby świerzbowatych kotów i opuszczonych psów nie wystarczało, przyprowadzasz mi jeszcze z ulicy małego żebraka, który...
Na te słowa chłopiec drgnął. Oczy mu zabłysły, blada twarzyczka zbladła jeszcze bardziej. Zrobił kilka kroków naprzód i stanął odważnie tuż przed panną Polly.