— O, ja wiem — zgodziła się Pollyanna. — Ale gdy cię zobaczę jutro, jestem przekonana, że będę miała dla ciebie przytułek i rodziców. Do widzenia! — dodała, wracając radośnie do domu.
Panna Polly tymczasem patrzyła na dzieci przez okno i śledziła chłopca, dopóki nie zniknął na zakręcie ulicy. Wtedy odwróciła się i ciężko westchnęła, czego zazwyczaj nie robiła. W uszach wciąż brzmiały jej słowa chłopca: „powiedziała mi, że pani jest dobra”, a w serce zakradło się dziwne uczucie smutku — tak jakby coś zgubiła.
Rozdział XI. Pollyanna na zebraniu pań z dobroczynności
Dnia tego drugie śniadanie upłynęło prawie w milczeniu. Wprawdzie Pollyanna zaczynała mówić, ale jakoś bez powodzenia, przeważnie dlatego, że cztery razy zmuszona była zatrzymać się w środku zdania z powodu słowa „zadowolona”, które aczkolwiek zakazane przez pannę Polly, nasuwało się na usta jej bez przerwy i za każdym razem sprowadzało rumieniec na twarzyczkę Pollyanny.
Za piątym razem jednak panna Polly powiedziała:
— Mów już, mów, dziecko, jeśli nie możesz się powstrzymać od tego. Wolę już słyszeć to słowo, niż widzieć, że robię ci tym zakazem tyle kłopotu.
Pollyanna z wdzięcznością spojrzała na ciotkę.
— Dziękuję ciociu, było tak trudno nie używać tego słowa! Ciocia rozumie przecież: ja tak długo bawiłam się w tę grę!
— W jaką grę? — zapytała znów panna Polly.
— W tę, którą ojciec... — lecz znów się zatrzymała, widząc, że wkracza ponownie na zakazany temat. Panna Polly zmarszczyła brwi i już do końca śniadania nie przemówiła ani słowa.