Nagle pies zaszczekał jeszcze żałośniej i zatrzymał się, a Pollyanna zobaczyła leżącego nieruchomo u stóp skały, w odległości kilku metrów od ścieżki, jakiegoś człowieka.
Na trzask złamanej nóżką Pollyanny gałęzi człowiek ów z lekka się podniósł i odwrócił głowę.
Z okrzykiem zdziwienia Pollyanna rzuciła się ku niemu:
— Panie Pendleton, co się stało? Pan jest ranny?
— Ranny? Ależ nie! Wygrzewam się tylko na słońcu — odpowiedział głosem podrażnionym. — Chodź no tu i powiedz mi, co umiesz robić, do czego jesteś zdolna i czy jesteś rozsądna?
— Dużo, proszę pana, nie umiem, ale panie z dobroczynności mówiły, że jestem zdolną i rozsądną dziewczynką. A mówiły tak, nie wiedząc, że to słyszałam.
„Pan” uśmiechnął się ponuro.
— No, no, przepraszam cię, dziecko! Wszystko przez tę głupią nogę! A teraz posłuchaj! — zatrzymał się na chwilę, przezwyciężając widocznie ból, wsunął rękę do kieszeni, wydobył pęk kluczy i oddzieliwszy jeden, podał go Pollyannie.
— O pięć minut drogi, idąc tą oto ścieżką, jest mój dom. Tym kluczem otworzysz drzwi wejściowe i wejdziesz do przedpokoju. Na wprost będą drugie drzwi, a gdy je otworzysz, zobaczysz na małym stoliku telefon. Czy potrafisz posługiwać się telefonem?
— Owszem, proszę pana! Pewnego razu, gdy ciocia Polly...