— Teraz nie chodzi o ciocię Polly — przerwał pan Pendleton, usiłując poruszyć się. — Przy telefonie leży książka, spis abonentów, poszukasz w niej numeru telefonu doktora Chiltona. Przypuszczam, że potrafisz to zrobić?

— O, proszę pana, często przeglądałam u cioci spis abonentów! Jest tam tyle takich śmiesznych nazwisk i...

— Powiesz więc doktorowi Chiltonowi, że John Pendleton leży u stóp skały Małego Orła ze złamaną nogą i że prosi pana doktora o natychmiastowe przybycie z ludźmi i noszami. Resztę będzie wiedział on sam. Powiedz mu tylko, aby szedł ścieżką prowadzącą od domu, gdyż tędy będzie najbliżej.

— Boże! Złamana noga! Jakie to okropne! — zawołała drżącym głosem Pollyanna. — Jak dobrze, że tu przyszłam! Czy mogłabym czymś panu dopomóc?

— Owszem, mogłabyś, ale widocznie nie chcesz. Proszę natychmiast iść i zrobić to, co powiedziałem — rzekł ostro pan Pendleton.

Pollyanna wydała lekki okrzyk i zniknęła, biegnąc szybko we wskazanym kierunku.

Tym razem nie szukała wśród wierzchołków drzew błękitnego nieba, lecz uważała bacznie, aby się nie potknąć o jakąś gałąź lub kamień. Ani się spostrzegła, jak stanęła przed domem. Widziała go już przedtem, ale nigdy nie była tak blisko niego. Odstraszał ją swym ogromem, dużymi kolumnami po obu stronach drzwi wejściowych i swoim ponurym wyglądem.

Przezwyciężając strach, podbiegła do drzwi i wsadziła klucz do zamka. Z początku nie mogła go przekręcić, lecz po kilku wysiłkach drżących paluszków zamek ustąpił i drzwi się otworzyły.

Pollyanna nabrała tchu, starając się dodać sobie odwagi. Miała przed sobą duży, ciemny przedpokój tajemniczego domu, do którego nikt prawie nie wchodził prócz właściciela. A teraz ona miała sama jedna wejść tu, do tych dużych, ponurych pokoi i stamtąd telefonować do doktora, że gospodarz domu leży bezwładny w lesie...

Nie oglądając się, przebiegła przedpokój i otworzyła drzwi, za którymi, według wskazówek, powinien był znajdować się telefon. Pokój ten był również ciemny, gdyż, widocznie z powodu upału, okiennice były przymknięte i tylko wąski promień słońca, przedzierając się przez szparę, padał na posadzkę i rozsiewał trochę światła.