— Pan tylko wydaje się ponury, a w rzeczywistości nie jest pan taki — odpowiedziała.
— Z czego to wnioskujesz? — zapytał „Pan”, starając się zmienić pozycję głowy, nie ruszając jednak reszty ciała.
— Z wielu drobnych rzeczy, proszę pana! Chociażby, na przykład, z tego, jak pan obchodzi się z psem — rzekła, wskazując na rękę „Pana” spoczywającą na głowie zwierzęcia. — A trzeba przyznać, że czasem zwierzęta daleko lepiej wyczuwają ludzi, niż sami ludzie, nieprawdaż? Ale niech pan pozwoli, podtrzymam panu głowę!
Pan Pendleton, aczkolwiek15 kilka razy jęknął podczas tej zmiany pozycji, poczuł wkrótce, że kolana Pollyanny z powodzeniem zastąpiły odłamek skały, na którym dotychczas spoczywała jego głowa.
— Tak mi lepiej — wyszeptał słabym głosem i na chwilę zamilkł.
Pollyannie już zdawało się, że się zdrzemnął, gdy spostrzegła, że zaciska wargi, starając się tłumić jęk.
Łzy stanęły jej w oczach na widok tego dużego człowieka, który leżał teraz taki bezsilny i niedołężny. Jedna ręka jego z kurczowo zaciśniętymi palcami leżała na ziemi, druga zaś spoczywała na głowie psa, który leżał również nieruchomo, nie spuszczając mądrych oczu z twarzy swego pana.
Czas upływał powoli. Słońce skłaniało się coraz bardziej ku zachodowi, zwiększając cień. Pollyanna bała się poruszyć i chwilami wstrzymywała oddech, by nie przeszkadzać rannemu.
Jakiś ptaszek fruwał niedaleko jej ręki, a mała wiewióreczka, siedząc na gałęzi tuż nad jej głową, wpatrywała się wylęknionymi, błyszczącymi oczkami w nieruchomego psa.
Po dość długim czasie pies podniósł uszy i z lekka zawarczał, a w chwilę potem Pollyanna usłyszała głosy i zobaczyła trzech ludzi, z których dwóch niosło nosze, trzeci zaś niewielką, skórzaną torbę. Ten ostatni, o wygolonej, sympatycznej twarzy, znany Pollyannie z widzenia, był właśnie doktorem Chiltonem.