Pollyanna została sam na sam z chorym, ponurym człowiekiem, leżącym nieruchomo na łożu.
— Kazałem przecież — odezwał się rozgniewanym głosem — żeby nikogo... Ach, to ty! — dodał łagodniej, gdy Pollyanna zbliżyła się do łóżka.
— Tak, to ja — odpowiedziała, uśmiechając się Pollyanna. — Cieszę się bardzo, że mi pozwolono wejść do pana! Niech pan sobie wyobrazi, że służąca początkowo chciała wziąć galaretkę i już się bałam, że pana nie zobaczę. Ale potem nadszedł doktor i pozwolił mi wejść do pana. To było bardzo uprzejmie z jego strony!
— Hm... — mruknął „Pan” i z lekka się uśmiechnął.
— Przyniosłam panu trochę galaretki z nóżek cielęcych! Lubi pan galaretkę?
— Nigdy tego nie jadłem — odparł i uśmiech znów opuścił jego ponure oblicze.
A Pollyanna, stawiając salaterkę na szafce przy łóżku, mówiła dalej:
— Naprawdę? Skoro więc pan nigdy nie jadł, nie może pan wiedzieć, czy ją lubi, czy nie! Bardzo się cieszę! Ach, żeby pan wiedział...
— Tylko to jedno wiem doskonale, że jestem w tej chwili niedołężny i że mogę tak przeleżeć aż do dnia Sądu Ostatecznego!
Pollyanna była tym stwierdzeniem nieprzyjemnie zaskoczona.