— Pan pewnie ją zna?

Na ustach chorego zjawił się dziwny uśmiech.

— Owszem, znam!

— Ale — dodał wciąż z tym samym uśmiechem — nie zechcesz przecież twierdzić, że to ona przysyła mi galaretkę?

Pollyanna była coraz bardziej zmieszana.

— Nie, proszę pana. Nawet powinnam tak się zachowywać, żeby pan nie mógł choćby przypuścić, że to ona.

— Domyślałem się tego — powiedział pan Pendleton i odwrócił głowę, a Pollyanna, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, po cichu wysunęła się z pokoju.

W bramie zastała doktora, siedzącego w powozie i rozmawiającego z sanitariuszem, który stał przy nim.

— Słuchaj, Pollyanno, czy pozwolisz, że cię odwiozę do domu? — zapytał, uśmiechając się. — Chciałem już odjechać, lecz przyszło mi do głowy, że mogę na ciebie zaczekać!

— Dziękuję panu, bardzo się z tego cieszę, gdyż lubię jeździć powozem — odpowiedziała Pollyanna, podczas gdy doktor podawał jej rękę, by pomóc wsiąść.