I znów zakryła oczy ręką.
Myślała o nim.
Prześladował ją ciągle jego wzrok, ten wzrok mówiący więcej niż wszystkie słowa o tym, co czuł dla niej, te oczy dziwnie rozpaczliwe, zranione, a jednak błagające ostatnim przebłyskiem nadziei.
Odjęła rękę od twarzy i tępym wzrokiem jęła się wpatrywać w żółty płomień lampy.
Nigdy w rozmowach poufnych nie dawała mu najmniejszego znaku miłości — musiał to czuć, musiał wiedzieć od dawna.
I on wiedział o tym.
Mówiły to jego oczy smutne jakąś bezbrzeżną melancholią, mówiły o całej bezgranicznej, fatalistycznej sile jego miłości.
A ona go nigdy, nigdy nie będzie mogła kochać.
Odpychało ją coś fizycznie od niego.
Było to czymś, co czuła, że nigdy przełamać nie zdoła, i czego hamować nawet nie chciała.