— Wspaniałe drzewa!
— Codzień błogosławię tego, co je zasadził — odparł Domunt. Jest to mój dobroczyńca bezimienny. Dobrze mi będzie pod niemi...
— Czy wcale już nie masz majątku? — zapytał Roman.
— Najmniejszego. Marceli oddawna już spłacił mi moją część Kaniówki. Wróciłem tu ze świata goły jak bizun i gdyby nie matczysko poczciwe, nie miałbym nawet za co wziąć tej dzierżawki. Ale ona tam miała jeszcze kilka groszy, które mi pożyczyła...
— I nie miałeś już przed sobą żadnej drogi innej?
— Owszem, owszem, Marceli wzywał mię do siebie, złote góry obiecywał...
— Nie chciałeś?
Energicznie wstrząsnął głową.
— Za nic!
— Rozumiem i nie rozumiem — z wahaniem wymówił Roman.