Domunt ręką machnął.
— Bo masz głowę pełną pacierza za panią matką!
Stanął, rozejrzał się dokoła, po polu rozległem, po widzialnym kawałku łąki, po rzeczce, drzewach, ogrodzie z młodziutkiemi drzewkami i błękitnemi ulami.
— Oj, rękawy zawinę i do głowy po rozum chodzić będę! Uprawiać, zasadzać, ulepszać, siać na zagonach ziemi i na mózgach ludzkich... gmach roboty i nadzieja plonu! Powiadasz, żem wyższy nad taką robotę! Śmiej się z tego! jam jej jeszcze nie godny i cała moja godność w tem tylko, że przystępuję do niej z pokorą i ze świadomością, żem się zadłużył i muszę spłacić długi... z ochotą także... z wielką ochotą!...
Wyprostował się, włosy z czoła odgarnął, Romanowi się wydało, że urósł, zmężniał, i że napełnił go oddech szeroki i silny. Chorobliwą białość jego twarzy pokrywać już zaczął cień ogorzelizny i uspakajała się pod nią ruchliwa sieć nerwów. W oczach, przesuwających się po widnokręgu, płonęła ta ochota, o której mówił, i świecił ten rozum, po który miał chodzić do głowy.
Roman, przenikliwie na niego patrząc, zapytał:
— Wszystko to włożył ci do głowy Stefan, prawda? Wydobył z niej pacierz za panią matkę, a włożył natomiast...
— To co ty rozumiesz i nie rozumiesz — podchwycił Domunt — tak, on uratował mię od dwóch rzeczy ostatecznych: od śmierci przedwczesnej i ciemnoty grubej...
— Od ciemnoty?...
— Tak; na najważniejszą prawdę życia.