Szedł chwilę milcząc, potem ozwał się znowu:
— Miłosierdziem wielkiem na tym świecie jest to, że człowiek znajduje zawsze po drodze jakieś serce, choćby malutkie, ale blizkie, swoje, które staje się dla niego źródłem letejskiem i razem kastalskiem, to jest dającem zapomnienie i ochłodę.
— Nie zawsze — zaprzeczył Roman.
Spojrzał w górę i ku krańcowi widnokręgu. Jak świat szeroki i długi nie miał żadnego serca blizkiego, swego...
Mijali właśnie szemrzący wodospadek i wznoszące się nad nim gdzieniegdzie piramidki z osin spowitych w chmiele, gdy Bronia, wyciągając naprzód rękę, zawołała:
— Idą na spotkanie nasze... widzi Romek? widzi pan Kazimierz te trzy osoby? To mama, Irusia... ale kto trzeci? Tak daleko, że jeszcze nie poznaję...
— A ja poznaję — rzekł Domunt — ale nie powiem, niech Bronia odgaduje...
— Już wiem... czy widzi Romek psa?... ja widzę! To Swój! O, biegnie już do nas! Kiedy jest Swój, to jest i pan Rosnowski. On nigdy nie rozstaje się ze Swoim i ciągle z nim rozmawia.
— Co Bronia plecie? jakże można z psem rozmawiać?
— Zobaczy Romek. Swój dużo nawet mówi...