— Co Bronia wygaduje? jakże pies może mówić!
— Zobaczy Romek! Swój! Swój! Pójdź tu! Widzi Romek jaki on ładny! Taki duży, kudłaty, a łagodny, jak baranek!
Był to na poły kundel krajowy, na poły pasterz tyrolski, niezwykle duży, z sierścią bardzo obfitą i potężnym kiciastym ogonem: piękne, silne zwierzę w łaty szare i żółte. Z Bronią, która przepadała za psami, łączyła go już widać znajomość dość blizka, bo, wielkiemi susami nadbiegłszy, skoczył jej wprost na piersi, poczem, w mgnieniu oka opadł na ziemię, okręcił się i wracał do osób, nadchodzących ze strony przeciwnej. Ztamtąd głos męzki, przyjemnie brzmiący, wołał:
— Swój! Swój!
Pies, już stał oparty przedniemi łapami na piersi mężczyzny, który go wołał, kudłaty łeb zbliżał do samej prawie jego twarzy i w sposób urywany, radośny, poszczekiwał. Mężczyzna zaś mówił:
— Dobrze, dobrze, już wiem! Ci państwo, na których spotkanie wyszliśmy, już nadchodzą. Puść-że mię do nich...
— Hau, hau — szczeknął pies tak zupełnie jakby mówił: dobrze! dobrze! i poskoczył na bok, zaś właściciel jego szybko postąpił naprzód i z ręką przy kapeluszu przemówił:
— Na wypadek, gdybym nie był poznanym, przedstawiam się...
Ale nieskończył, bo Roman, zdejmując kapelusz, wydeklamowal:
— Epaminondas post pugnam apud Mantineam cum gravi...