— A teraz, spać dzieci! — wyrzekł pan Romuald, wstając z krzesła.
Kiedy Roman podawał rękę Irenie z życzeniem dobrej nocy, rysy jej były zupełnie spokojne, ale w cieniach rzęs spuszczonych i w zarysie ust zamkniętych błądził wyraz smutku cichego, czy łzy, ukrywane pod powieką.
Późno już było; on chodził jeszcze w ogrodzie, pod szeregiem brzóz płaczących, ciągnącym się aż do bramki, która otwierała się na łąkę. O spaniu myśleć nie mógł. Mnóstwo pytań, mnóstwo niepokojów i niepewności miał w głowie i w sercu. Życie stawiało przed nim znak zapytania tak natarczywy, że ani ominąć go wzrokiem, ani odwrócić się od niego nie mógł. Cóż będzie? Jakże? To, czy tamto? wybieraj! On już nawet wybrał — w teorji. W czasie rozmowy, która w jego obecności toczyła się dziś pomiędzy Stefanem a Rosnowskim, z nim stała się rzecz szczególna. Uczuł, że z całej siły stoi po stronie Stefana. Zbierało się to kropla po kropli przez wszystkie dnie poprzedzające, aż zlało się w kryształ stały i jasny. Jasno już wiedział, że w uczuciach i przekonaniach zjednoczył się ze Stefanem. Ale to była dopiero teorja, w praktyce ukrywała się konieczność powzięcia postanowienia, mającego stanowczo rozciąć mu życie na dwie połowy, zupełnie z sobą różne, a to właśnie przedstawiało trudność wcale niemałą. Trzeba było albo spocząć na fali życia gładkiej i przyjemnie muskającej ciało, chociaż na dnie — wiedział o tem dobrze — chłodnej i — trochę brudnej; albo wziąć życie poprostu za bary i, mocując się z niem, mieć ciało w pocie i udręczeniach częstych, a tylko duszę w sferach ciepłych i czystych. Bo, że taki całokształt istnienia, jaki dobywał się z pojęć i życia Stefana, nie był idylą wiecznie tylko różową, temu Stefan sam nie zaprzeczał; a gdyby nawet zaprzeczał, dość było uważnie na niego popatrzyć, aby w nim odgadnąć wiele wyrzeczenia się i walki, może już skończonej, a może i nigdy nie mającej się skończyć. Bo nikt nie może bezkarnie zejść z drogi, wydeptanej przez tłumy, ani łatwo wyrzec się tego, do czego pociąg odziedziczył z krwią pokoleń poprzedzających i wziął od tych floresów, które rozkwitają u szczytów najwyższych wieżyczek cywilizacji. Cierpienie jest tu nieuchronnem i Roman, do dna już rozumiejąc teorję, nie rozumiał jeszcze, w jaki sposób można mieć siłę do podźwignięcia wieńca z cierni i potem do noszenia go dobrowolnego. Co więcej, nietylko rozumiał do dna teorję, ale miał serce, napełnione do głębi temi uczuciami, które najpewniej były ich pierwszą przyczyną. Jednak patrzył na stojący przed nim znak zapytania z niepokojem i wątpliwością w głowie i w sercu.
Chwilami zapominał o wszystkiem i w zmroku nocnym widział tylko obok siebie, albo przed sobą, wysmukłą dziewczynkę, w różowym fartuszku i z kwiatem, więdnącym w kruczych włosach. Radość zdejmowała go na myśl o tem, co zaszło pomiędzy nią, a Rosnowskim. Bez słów i jego nie dopuszczając do słowa, odprawiła go z kwitkiem, to było widocznem i pewnem. Czy z nim, z Romanem, postąpiłaby tak samo, gdyby okazał zamiary podobne? Może nie, bo w jej oczach, głosie, rumieńcach, spostrzegł nieraz coś, co pozwalało mu myśleć z mocnem biciem serca: może nie... Ale po chwili śmiał się z samego siebie. Co za myśl! Jeżeli nawet nie myliły go domysły, postąpiłaby z nim tak samo, jak z tamtym, mógł być tego zupełnie pewnym. Dziwna kobieta! Jak ona może żyć spokojnie z myślą, że nigdy dla niej nie wejdzie to święto życia, którem dla kobiety jest miłość? Czy tylko dla kobiety? Z wielką mocą czuł w tej chwili, że dzień, w którym mógłby powiedzieć sobie, że jest przez nią kochanym, byłby dla niego świętem tak wielkiem, że podobnego dotąd nie miał. Ale ona zdawała się o tem święcie nie myśleć wcale. Czy jednak nie myślała? Czy nie czuła tęsknoty w teraźniejszości, trwogi przed przyszłością? Będzie to przyszłość kwiatu, zwiędłego bez pełni rozkwitu, może zdeptanego. Przypomniał sobie słowa pani Pauliny: „Gdy ja i Romuald zamkniemy oczy, chyba po służbach tułać się pójdzie!” Jakto? i ona może nie lękać się rzeczy takich, może nie tęsknić i nie lękać się! Kto wie? Może tęskni i lęka się... bo dziś jeszcze, zrazu wesoła, przy końcu wieczora zasmuciła się głęboko. Dla niego nie było to tajemnem, bo przeniknąć ją pragnął i usiłował. Szaleństwo ogarniało go na myśl, że on przeciw temu nic nie może i musi pozostać, tak, jak tamten, dziś odprawiony, obcym dla niej na zawsze.
Po raz trzeci, czy czwarty, w niespokojnej przechadzce swojej, zbliżył się do ogrodowej bramki, prowadzącej na łąkę. Tym razem przystanął i spojrzał na krajobraz, przysłonięty zmrokiem nocnym, a słabo rozwidniony przez gwiazdy. Drobne punkty krajobrazu niknęły w zmroku, większe występowały z niego, jak plamy czarne, tylko pałacyk Oławickich wychylał się ze swojej masy drzew, jak dalekie widmo, okryte mętną bielą. Roman utkwił wzrok w tym punkcie widnokręgu oddalonego, lecz nawet w cieniach nocnych zdającym się panować nad wszystkiem, co go otaczało. Ta sama żmijka zawiści, czy urazy do losu, którą na wieczorze u baronowej Lamoni uczuwał na widok wielkich i możnych tego świata, teraz znowu uszczypnęła go za serce. Tak, tak; ten, kto tam mieszka, szczęśliwy, choćby dlatego, że droga jego jasna i kanwa gotowa. Nie potrzebuje wybierać, ani wyrzekać się. Jeżeli jest lampą i świeci, to z łaski Bożej, bez utrudzenia, ani umartwienia najmniejszego. I dlaczegoż nie miałby świecić? Potrzebuje na to wyekspensować tylko trochę dobrej woli i trochę okruch swego pasztetu. Jednak Marceli Domunt ma słuszność: bogactwo i potęga, to osie świata. Dobremi są choćby dlatego, że dają możność zakładania fabryk dobra. Łatwa cnota, więc prawie konieczna, bo któżby nie chciał jej praktykować, gdy go to nic prawie nie kosztuje? Ale te osie świata dają także i możność szczęścia. Bo z jakiemże szczęściem, z jak bezgraniczną radością Roman porwałby tę, której przeznaczeniem ma być „tułanie się po służbach”, i wniósł ją do tego siedliska dostatku, bezpieczeństwa, wynalazków zbytku, wymysłów rozkoszy...
Tu, w tem miejscu marzenia, obudził się, jak ze snu, i zaśmiał się prawie głośno.
— Parawaniki chińskie! — rzekł do siebie. Głupstwo!
Idąc zaś znowu w stronę domu, myślał:
— Cóż ztąd, że głupstwo, skoro człowiek ma w sobie jego pożądanie i potrzebę? Tytanja, kochająca się w ośle, wieczny symbol duszy ludzkiej, upędzającej się za tem, czem sama gardzi. Ta królowa „nocy letniej”, przy światłach, zapalonych przez Elfów, widziała dobrze oślą maskę swego kochanka, niemniej przepadała za nim. Świetna to rzecz, ów „sen nocy letniej”. Nieraz widywał go na scenach. Jakże to wspomnienie i wszystko, co się z niem łączy, dalekiem jest, nieskończenie dalekiem od Darnówki.
Zbliżał się ku domowi, którego okna były już ciemne, oprócz jednego, świecącego z za rozłożystej akacji. Minął ganek, pogrążony w głębokim cieniu drzew ogrodowych, i przybliżał się do tego okna, gdy zdało mu się, że słyszy głos, którego brzmienia nagle przykuły go do miejsca. Był to głos Ireny. Domyślił się zaraz, że, spełniając jeden ze stu obowiązków swoich, czytała głośno wujowi. Nie obchodziło go wcale to, co czytała, i zrazu, nieruchomy pod rozłożystemi gałęźmi akacji, słuchał tylko głosu. Ale wkrótce usłyszał i słowa. Same przez się, bez jego woli, przedarły się mu do słuchu i uderzyły w niego wrażeniem niespodziewanem. Z za akacji i szyb, ozłoconych światłem lampy, uszu jego doszły słowa: