— „Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni”.

— „Błogosławieni, którzy łakną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni”.

— „Błogosławieni miłosierni”...

Szelest wiatru w akacji przytłumił kilka słów następnych; Roman spojrzał w gwiazdy i zdawało mu się, że głos i słowa, których znowu słuchał chciwie, spływały od gwiazd.

— „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię”.

— „Błogosławieni cierpiący za sprawiedliwość, albowiem ich jest królestwo niebieskie”.

Wiatr silniej zaszeleściał w akacji i pomknął dalej, pomiędzy drzewa ogrodu, nad dach domu, nad pole. Czy to anioł w noc mroczną oblatywał ziemię, roznosząc po niej dobrą nowinę: „Błogosławieni, którzy cierpią!”

VIII

Był to ranek świąteczny. Świąteczność objawiała się na polach pustką, a na drogach polnych zaludnieniem niezwykłem. Narzędzia pracy i ludzie pracujący zniknęli; w żółtej pożni spokojnie słały się siwe puchy koniczyny i białe wełny kocanek, a na skibach ziemi świeżo zoranej ptaki bezpiecznie szukały żeru.

Nikt dziś w tych samotnościach rozległych i światłem słonecznem zalanych nie deptał kwiatów i nie trwożył ptaków. Za to po drogach i dróżkach przeciągały gromady ludzkie, zdala podobne do bukietów i wstęg jaskrawych. Od ubrań kobiecych, a nawet męzkich, biła najjaskrawsza możliwie czerwoność i żółtość, z silną domieszką szafiru i zieloności. Te barwy dzikie i mocne, po wielu naraz punktach rozproszone, rzucały na widnokrąg nutę wesołą. W oddali rozlegał się głos dzwonu, którego tony srebrne przygasały i wzdymały się, i słabły nabierały mocy, znikały i znowu leciały, śpiewały, wołały w powietrzu pełnem słońca, nad kwiatami zaściełającemi pola i ludźmi, mrówiącemi się po drogach. Był to dzwon jednego z dwu najwidoczniejszych punktów krajobrazu: kościoła parafjalnego w Zawrociu. Przed drugim z tych punktów, to jest przed bramą dziedzińca w Górowie, stanęła bryczka, kilimkiem okryta, parą kasztanków zaprzężona, z woźnicą w szarej switce na koźle. Wyskoczyli z niej prawie z jednostajną żwawością dwaj ludzie różnego wieku.