— Co to tak dzwoni? — zapytał Roman.
Darnowski, przerywając opowiadanie o zmianach, które w ogrodzie porobił i jeszcze porobić zamierza, odpowiedział.
— Kosa, kotku; ktoś tam kosę sobie stępił i teraz ją ostrzy...
Jednocześnie Roman spostrzegł, że dziewczynka ze złotemi kędziorkami podniosła na niego oczy, jakby pytające, jakby zdziwione. Ale nie powiedziała nic i była ciągle bardzo poważną.
Przez furtkę w ogrodzeniu weszli na łąkę, porosłą gdzieniegdzie drzewami i krzakami, rozciągniętą pasem dość wązkim, a bardzo długim, na którym w dali połyskiwał sznur wody cienki i kręty. W pobliżu, o paręset kroków od furtki ogrodowej, kilku ludzi, w rzadko rozrzuconym szeregu stojących, rytmicznemi ruchami przesuwało kosy po trawie. Słońce, już niewidzialne, rzucało jeszcze trochę rumianego światła na białe koszule kosarzy i krwisto zarumieniało pod ich stopami szczawie i mietlice. Ale pod drzewami błądziły już cienie wieczoru i zpośród zarośli podnosił się opar biały, oddech nocny miejsc bardzo wilgotnych. Stary Darnowski zatrzymał się u furtki.
— Dalej nie pójdziemy... łąka mokra... w twojem obuwiu, kotku, co tu robić, zepsułbyś je sobie kapitalnie.
Potem zawołał:
— Stefek! pójdź-no, kotku! Rzuć robotę, już późno! chodź, brata powitaj!
Ale i bez wołania, tylko na widok osób, wchodzących z ogrodu na łąkę, jeden z kosarzy rzucił na ziemię kosę i szerokiemi krokami ku nim zmierzał. Tak jak ojciec wysoki i silnie zbudowany, jednak znacznie szczuplejszy, silny brunet, z cerą śniadą i ciemnemi oczyma pod brwią kruczą, równie jak u ojca ognistemi. Stefan Darnowski stanął przed bratem stryjecznym, ale ręki ku niemu nie wyciągnął.
— Przepraszam — rzekł — nie mogę podać ręki... od kilku godzin jest już w ogniu...