— Roboty! cha, cha, cha! co tu robić, w ogniu roboty — zaśmiał się stary; no, jak toaletę zrobisz, to go ucałujesz i uściśniesz... co tu robić! teraz, chodź z nami do domu...
— Jeszcze nie mogę, ojcze, za kwadrans przyjdę, razem z nimi...
Na kosarzy wskazał. Wydawał się trochę ponurym; po pierwszem spojrzeniu na Romana, krótkiem i bystrem, wzrok spuścił ku ziemi. Czoło jego, pięknie zarysowane, śniade i gładkie, połyskiwało od potu, który miejscami występował na nie w postaci kropel bujnych. Roman doświadczył uczuć zadziwienia i zawodu; pragnął i ciekaw był spotkania z tym bratem prawie rodzonym, niegdyś towarzyszem nauk szkolnych. Rówieśnikami byli, wspólnie uczyli się roili, broili, rezonowali, postanawiali. Spodziewałby się raczej wszelkich rzeczy niespodziewanych, aniżeli takiego z nim spotkania. Ukazał się mu w postaci i roli szczególnej; objawiał względem niego obojętność także bardzo szczególną.
— Za kwadrans przyjdziesz?... co tu robić, niech i tak będzie, kotku... Wiem już ja to, że w każdej rzeczy zapalczywym jesteś, jak Grabowiecki w tańcu. Niechże, co tu robić, brat i gość przez ten kwadrans na ciebie poczeka... Czy przypominasz sobie, Romku, tę łąkę?
Niewiele ją sobie przypominał, trochę, jak przez sen. Wzamian przypomniał coś innego: ten ług, około którego przejeżdżał.
— Czy stryj nie wie, wypadkiem, jak się ten ług nazywa?
— Jakże mógłbym nie wiedzieć? toż od Darnówki o trzy wiorsty! Hrodzicki ług, kotku, Hrodzicki... od Hrodziszcz, wioski najbliższej!
Prawda! a tak! teraz już i Roman przypomniał sobie to nazwanie. Ale jeszcze jednej rzeczy nie pamięta. Jak nazywają się te ptaki, które w wieczory letnie, jednocześnie z żabami, krzyczą po łąkach... z czego tworzą się formalne dwie orkiestry?
— Derkacze, kotku, przypuszczam, nawet pewny jestem, że derkacze masz na myśli...
Tak, tak; Roman wybornie przypomniał sobie teraz, że ptaki, których głosy pamiętał, nazywały się derkacze. W tej chwili też spotkał znowu oczyma wzrok Bronki, wlepiony w niego z wyrazem zadziwienia. Tylko tym razem na ustach dziewczynki drgał uśmieszek powstrzymywany. Roman pomyślał: „Czego ten dzieciak dziwi się ciągle, patrząc na mnie, i nawet zdaje się, że w duchu wyśmiewa się ze mnie? Ale pomimo to milutkie jakieś stworzonko!”