Wtem, po łące, w powietrzu szarzejącem, choć jeszcze różowem, rozległ się wielki chóralny wybuch śmiechu. To kosarze zaśmieli się tak z czegoś, już zbierając na trawach odzież porzuconą i gotując się do odejścia. Od furtki ogrodowej, w której dwaj Darnowscy i Bronia stali jeszcze, patrząc na łąkę, widać było Stefana, który z szerokim gestem, coś przemówiwszy do towarzyszy, zaśmiał się z kolei głośno, z całego gardła, długą gamą tonów męzkich i wesołych. Przywtórzył mu chóralny wybuch śmiechu kilku kosarzy. Stary Darnowski rękę do wąsa podniósł, musnął go i trochę podkręcił... W kilka minut potem Roman siedział w małej bawialni sam na sam ze stryjenką. Nie była wcale zajmującą; była raczej nudną, albo zabawną ze swoją miną żałosną i sposobem mówienia trochę przez nos, trochę przez zęby, co wzmagało w niej pozór wiecznego niezadowolenia. Jednak w oczach jej było wiele słodyczy i teraz, patrząc na nią, Roman przypomniał sobie wyraźnie jakieś noce dalekie, ponure, w czasie których te blado-błękitne oczy pochylały się nad nim z litością serdeczną, a te długie, żółte ręce, podawały mu do ust lekarstwa. Był wówczas dzieckiem biednem, osieroconem, chorem, a ta kobieta, czuwając nad nim, odbierała go chorobie i śmierci. Może to przypomnienie sprawiło, że pomimo jakiegoś zabawnego nastrzępienia w ubiorze i prawie niecierpliwiącego sposobu jej mówienia, nietylko rozmawiał z nią cierpliwie, ale nawet z niejaką przyjemnością, zaczął na jej żądanie opowiadać różne rzeczy o stolicy, jej pięknościach, zabawach, zwyczajach. Słuchając go wzdychała i parę razy ze splecionemi rękoma westchnęła: Ach, ach, ach! ach, ach, ach!... Zaraz jednak potem z uśmiechem poklepała po różowem policzku Bronię która, jej i gościowi przyniósłszy herbatę, na stole ją postawiła, a sama przyklęknąwszy, matkę w kolano pocałowała, poczem, śmiejąc się, w podskokach wybiegła do jadalni po sucharki do herbaty. Pani Paulina zwróciła się do Romana z zapytaniem:

— A dziewczynek takich, jak ta moja, czy dużo tam widywałeś? pewno nie, pewno nie!

I wązkie, pożółkłe usta jej zaśmiały się szeroko, blady błękit źrenic pociemniał. Ale w minutę potem wzdychała znowu:

— Ach, ach, ach! jak ja teatr lubię! ach, ach, ach! W młodości bywałam czasem w teatrach... teraz oddawna nie bywam już nigdy, nigdy... ach, ach, ach!...

Spojrzała w okno i zupełnie już innym głosem zawołała:

— Stefek wraca! Broniu! Broniu!

— A co, mamusiu? — zadzwonił w drzwiach głosik podlotka.

— Poproś Irusi, aby wieczerzę dawała prędzej, prędzej... Stefek głodny być musi, a także tatko już ze stodoły wyszedł i do domu idzie!

Roman widział przez okno, jak Stefan szerokiemi krokami przechodził dziedziniec i na ganku przemówił kilka słów do Broni, która na jego spotkanie wybiegła. Zniknął potem w głębi domu, ale wkrótce wszedł do bawialni i z ukłonem, trochę ceremonjalnym, uprzejmie, ale bez cienia serdeczności i wylania powitawszy Romana, usiadł w pewnem od rozmawiających oddaleniu. Na tle okna, jasnem wśród zapadającego zmroku, profil jego ze spuszczonemi powiekami rysował się w linjach surowych, prawie twardych.

Przy wieczerzy Roman, oglądając się po jadalni, przypomniał sobie słowa baronowej: „stary dom, stare meble, stare zwyczaje!” Wszystko tu było, jak przed dziesięciu laty. Nie miał jednak wiele czasu na przypatrywanie się rzeczom i siedzącym przy stole osobom, bo uwagę i ciekawość jego pochłonęła od razu rozmowa ze stryjem. Nakładając sobie na talerz potrawę ze stojącego przed nim półmiska i, wracając do kilku słów, przed chwilą z synowcem zamienionych, stary Darnowski mówił: