Głupie nerwy!

Gdy miał wkrótce znaleźć się bardzo daleko, gdy baronowa to i owo powiedziała mu o Darnówce i jej mieszkańcach, coraz częściej przychodziły mu na pamięć miejsca i osoby znane i blizkie, długo zapominane. Szczegółów bliższych nie mógł powziąć od baronowej, bo wkrótce po stracie kakadu i świetnym wieczorze owym wyjechała zagranicę leczyć się na reumatyzm. Ale te, o których się dowiedział, brzęczały mu w pamięci jak muchy, wplątane w pajęczynę. Ładna Irusia, towarzyszka i ideał jego lat młodzieńczych, raczej pacholęcych, zjawiała się mu w postaci mętnej i niewyraźnej, ale przypominającej w zarysach głównych ów typ kobiecy, jakby pod niebem jego wyobraźni zawieszony, i o którym niekiedy myślał: „gdybym spotkał taką”...

Zaciekawiało go to, dlaczego nie chciała wyjechać w świat szeroki z baronową i dlaczego nie przyjęła od bogatej krewnej bransolety z brylantami? Bo istotnie baronowa miała słuszność. Komu to na całym świecie brylanty mogą być niepotrzebnemi? Oryginalna jakaś dziewczyna. Dzikus, gęś, albo... dusza czysta i dumna, która nie chce szerokiego świata i podarunków brylantowych!

Daleko jednak częściej myślał o stryju. Wspomnienia z dzieciństwa poprostu napastować go zaczęły. Dziś, gdy tylko ze stryjem rozmawiać zaczął, uderzyła go, jak błyskawica, myśl, że przysłowie jego: co tu robić? uwięzło mu w mowę wówczas, gdy... miał trochę więcej nad lat dziesięć, w tej porze pamiętnej i strasznej, kiedy w ręku lekkomyślnego ojca jego pękła fortuna, rozsadzona życiem zbytkownem i zbyt wesołem. Jednocześnie były jej właściciel, wyczerpany nadmiarem użycia, legł, obalony chorobą przewlekłą i ciężką. Wówczas do domu napełnionego niedostatkiem, nieporządkiem, łzami i złorzeczeniami tych, którym ta ruina zagroziła także ruiną i nędzą, przybył z dość daleka brat chorego i zaczął czynić usiłowania naprawienia, o ile było podobna, szkód, zrządzonych honorowi brata i przyszłości jego dziecka. Nie było to łatwem; było to, owszem, tak trudnem, że wydawało się niepodobnem. Jednak Romuald Darnowski za wygraną nie dał. Krzątał się, jeździł, zapobiegał, porządkował i nieraz, zaskoczony trudnością nad możność, klęską bez ratunku, w zamyśleniu głębokiem, z twarzą podówczas młodą jeszcze, lecz zachmurzoną, mówił do siebie: co tu robić? co tu robić? aż znalazł odpowiedź. Odłużył Darnówkę, spłacił część znaczną długów braterskich, a potem dziecko, osierocone po ojcu, zabrał do siebie, cudem przemyślności i bezinteresowności ratując dla niego z rozbicia sumkę niedużą, lecz która była mu potem bardzo pomocną. O tem to źródle długów, które przez czas jakiś ciężyły na Darnówce, Stefan mówił dziś Romanowi, że budzi wnim ono dla ojca szacunek głęboki i wdzięczność. Bardzo to jest szlachetnie ze strony Stefana. W tym fanatyku istnieje jakaś perła bardzo piękna!

Potem, dużo potem, dorastającym już chłopcem będąc, Roman słyszał nieraz stryja, powtarzającego, dla przyczyn zupełnie innych, swoje: co tu robić? Kiedy on, Stefan, kilku ich towarzyszy i Irusia pomiędzy nimi, w pokoiku pod strychem rezonowali, krytykowali, uwielbiali, postanawiali, poruszali ziemię z posad, na dole, w pokoju ustronnym i z prawie mniszą skromnością urządzonym, Romuald Darnowski, w obu dłoniach trzymając głowę już trochę siwiejącą i łysiejącą, powtarzał znowu: co tu robić? co tu robić?

Przerobiło się mu to w przysłowie. Jednak, w „głupich nerwach” drzemią niekiedy moce niezłomne. Wygląda to jak prawie nic; przez długie dni i lata ani tego czuć, ani słychać. Aż nagle, nie wiedzieć dla czego, to coś, co drzemało w „głupich nerwach”, budzi się, przemawia, obudza w piersi żal i niepokój, w mózgu świdruje zapytaniami najdziwniejszemu „Tak? nie? Tak? nie?” Co to w głębi muszli tak wiecznie szemrze? Roman miał jeszcze miesiąc wolnego czasu. Napisał do stryja list oznajmiający i wyjechał w strony rodzinne niespodziewanie dla wszystkich, może najniespodziewaniej dla samego siebie. Przyjechał i nie doświadczył tego, czego pragnął. Ale czegóż on właściwie pragnął? Znaleźć się wśród swoich? tak, niezawodnie, tego pragnął. Wcale jednak nie czuje, aby znajdował się pomiędzy swoimi. Przeciwnie, ludzie ci są dla niego niejaśni i niepokojący, widzi też, że sam jest dla nich obcym. No, mniejsza o to! Jeżeli pobyt tutaj nie będzie wywierał na niego wpływów uspokajających i wrażeń przyjemnych, za dni parę odjedzie do swego! Do czego — swego? Jakto! Ma przecież przed sobą zajęcie nowe, pracę dużą. Zajęcia i pracę — dla czego? Jak owad zabrzęczały mu w uchu wyrazy: dla pasztetu! Uśmiechnął się. Zacny, kochany oryginał! Trzebaż-to w taki sposób rzeczy określać! Niby wychwala, niby drwi. Trudno poznać czy myśli, czy też nie myśli tak, jak mówi.

Zgasił lampę i, stanąwszy przy otwartym oknie, do połowy przez nie wychylony, pełną piersią wciągać zaczął oddech cichej nocy świeży i wonny. Na sierpniowem niebie, wyiskrzonem gwiazdami, bielały gdzieniegdzie szlaki dróg mlecznych; gdzieniegdzie przysłaniały je cienie drzew wysmukłych lub rozłożystych. W dole kwiaty, rozproszone nad trawami, w których nieustannie grały świerszcze, wydawały się w wyiskrzonem świetle gwiazd niebieskich blademi gwiazdami ziemskiemi.

Od dziesięciu lat nie był już na wsi, bo nie może nazwać wsią zamiejskich will baronowej i jej przyjaciół, w których czasem przepędzał trochę dni lub tygodni letnich. Było tam zawsze pełno gości, ruchu, stołecznej wrzawy i elegancji. Od dziesięciu lat po raz pierwszy znajdował się w miejscu ustronnem i cichem, z sercem, głową i umysłem zanurzonemi w ciszy nocnej, w świetle gwiazd i mgławic, w swoich własnych głosach wewnętrznych. Fala myśli przepływała mu przez głowę, przynosząc zapytania i rozwagi coraz nowe.

Człowiek jest stworzeniem ogromnie kapryśnem i nieloicznem, a przez to nieszczęśliwem; tak, dla tego właśnie nieszczęśliwem, że kapryśnem i nieloicznem. Ściga, walczy, zdobywa i potem nie umie cieszyć się zdobyczą dościgniętą i wywalczoną. On także dopóki nie posiadał pewności, że będzie miał lepszy, niż dotąd, kawałek chleba, stanowisko zaszczytne, możność posuwania się coraz dalej i wyżej...

Fala myśli, bez udziału woli jego, powielekroć powtórzyła w mózgu wyrazy: „coraz dalej i wyżej... coraz dalej i wyżej... coraz dalej i wyżej”... aż uwaga pochwyciła je i zatrzymała się nad niemi. Coraz dalej i wyżej... ku czemu? Jak to ku czemu? Ku formie życia lepszej i wyższej. Jakiego życia? Jakiego? Ależ bardzo naturalnie, że jego, jego osobnikowego, własnego życia. Tylko? Rzecz prosta, że tylko... bo cóżby więcej? co więcej?