Z oczyma, utkwionemi w ciemność, okrywającą dół ogrodu, jakby majaczącym śród niej kwiatom powierzał rzecz jakąś nowoodkrytą i bardzo nie wesołą, kilka razy powtórzył:
— Nic! Nic więcej... nic więcej...
Fala myśli zakołysała się znowu i zaszemrała w mózgu. Bagatela! czegóż więcej chcieć można? Przyszłość zabezpieczona, wygodna, przyjemna, znaczenie w świecie!...
Znowu dwa ostatnie wyrazy pochwyciła uwaga, zatrzymała się nad niemi, zgłębiać je zaczęła, aż po chwili wytrysnął z nich potok śmiechu, Roman powiódł oczyma po niebie gwiaździstem, po szlakach dróg mlecznych, zawieszonych w odległościach nieskończonych, płynących w przestworze niezmierzone, przesunął wzrok po ciemnych profilach drzew potężnych, okrytych tylu może liśćmi drobnemi, ile globów ogromnych okrywało niebo — i roześmiał się głośno. Jego znaczenie w świecie! Od takich, jak on, roi się na ziemi. Znaczą wiele jedni wobec drugich, to prawda, ale po co tu świat mieszać?... Chyba za świat poczytywać wypadnie garść istot, chodzących w sukniach jednostajnych... a-no tak, zapewne, jest to właściwie świat jego, ale on wie bardzo dobrze, jakie tam ściany ciasne, popękane i miejscami brudne...
Czuł się usposobionym więcej gorzko i szydersko, niż kiedykolwiek. Nagła zmiana otoczenia fizycznego silnie wstrząsnęła jego widnokręgiem moralnym, zmieniając na nim rozmiary punktów różnych i okrywając je oświetleniem nowem. Przedmioty zamiłowań jego dotychczasowych zmalały, cel nadziei przygasł. I przedtem już lekceważył je niekiedy, teraz myślał, że ta piękna, tak, niewątpliwie piękna koncha zawiera w sobie perłę wcale nieosobliwej wody. Ale zapewne, wszystkie na świecie konchy są takie same. W pocie czoła i trwogach serca spuszczasz się po nie na dno morza, szukasz, znajdujesz, porywasz, otwierasz, i pod światłem słońca spostrzegasz kroplę gorzkiej wody! Jeżeli tak jest, pocóż zachody, starania, prace? Jeżeli tak jest, pesymiści mają słuszność, utrzymując, że żyć nie warto. Cóż ztąd, że nie warto, skoro żyjący są żyjącymi, a w dodatku chcącymi żyć, skutymi z życiem przez instynkt, unicestwiający się bardzo rzadko? On chce, nawet bardzo chce żyć. Czuje się pełnym energji i pragnień, tylko że teraz już nie wie, ku czemu je zwrócić. Jedno posiada napewno: pasztet, ale go to nie zadawalnia. Cała rzecz w tem, że są tacy, których on nasyca, i tacy, którzy, jedząc go pełną gębą, czują się Ugolinami. Czy on do tych drugich należy? Najpewniej. Byłżeby więc marzycielem? Przypuszczenie to prawie go oburzyło. Przywykł do słyszenia i myślenia, że marzycielstwo jest jedną z odmian obłąkania. On dotąd unikał choroby niebezpiecznej. Owszem, chwalono go powszechnie i sam siebie chwalił za praktyczność, za umiejętność stosowania się do warunków, położenia, za zręczność w zdobywaniu ułatwień i uprzyjemnień bytu. Jednak było w nim także coś zupełnie od praktyczności odmiennego, coś, co udawało umarłego, ale żyło i w pierwszym przełomowym momencie jego życia zaczęło go niepokoić, zniechęcać, dręczyć...
Wiedział, był zupełnie pewnym, że ten stan niepokoju, niezadowolenia trwać będzie i wtedy, kiedy już zajmie stanowisko, tak przedtem upragnione. Teraz, na samą myśl o niem, ogarniała go nuda. Tak, nuda! Był to wyraz, dokładnie określający uczucie, towarzyszące myśli o tem stanowisku i przywiązanych do niego zajęciach. Myśląc o nich, nudził się z góry. Może mu tam nie jedna Irma lub Aurora, nie jedno widowisko, nie jedna muzyka, nie jeden przysmak przyniosą rozrywkę, nawet upojenie. Ale czy to będzie szczęściem? Czy to będzie celem? Wie dobrze, że nie. Ale gdzież szukać tego szczęścia i tego celu? Czy wogóle istnieją one na ziemi? Bardzo być może, iż każde istnienie ludzkie jest takim kompromisem pomiędzy pragnieniami, których człowiek ani zaspokoić, ani nawet wyrozumieć jasno nie jest w stanie, a rzeczywistością jasną, ciasną, żelazną, niezbędną. Cóż robić, skoro inaczej nie można? Trzeba przyjąć życie takiem, jakiem jest, jakiem w ręce włazi, chociaż nawet nie zaspakaja pożądań jakichś dziwacznych i niezrozumiałych. Inaczej nie można. Trzeba to wszystko w garść zebrać i za okno wyrzucić, a żyć tak, jak żyją wszyscy, jak pozwalają warunki i stosunki, wśród których człowiek urodził się i obraca. Inaczej nie można.
Późno usnął i, obudziwszy się śród nocy, ze zdziwieniem słuchał odgłosu, który z za okna zamkniętego dochodził wyraźnie, podnosząc się z dołu ogrodu, jakby z odległej głębi. Był to odgłos ostry, przenikliwy, złożony jakby ze strunek drobnych i drżących. Było to monotonne i zarazem rozmaite: skwierczało, świegotało, śpiewało, napełniało powietrze miljonami drgań dźwięcznych i przeszywających, jak strzałki zaostrzone. Roman usiadł na łóżku, ale wnet położył się znowu.
— To świerszcze w trawach grają!
Przez parę minut jeszcze, dopóki nie zasnął znowu, świerszcze z traw nizkich i zroszonych grały mu w uszach: „tak-nie! tak-nie!”...