— Alboż umiesz zamiatać?

Zaśmiała się.

— Czy masz mię za taką niedołęgę, abym takiej bagateli robić nie umiała.

— Sama pewno nie możesz o tem wiedzieć.

Szare oczy jej aż iskrzyły się od uśmiechu, w którym Romanowi się wydało, że obok wesołości była ironja.

— Przeciwnie, wiem bardzo dobrze, bo czynię to codziennie...

— Po co? dlaczego?

Przestała uśmiechać się i ze zwykłym już spokojem odpowiedziała:

— Służby mamy bardzo niewiele... ci w kuchni, a w domu dziewczynka niedorosła i chłopak, którzy zarazem są mymi uczniami. Sami służymy sobie.

Uczuł prawie politowanie.