— Czy i ty, kuzynko, powiesz mi to samo?
— Bardzo grzecznie przeproszę, ale powiem... bo teraz nie mamy czasu...
— Na próżne gawędy z włóczęgami...
— Tak.
Podała mu paczkę gazet, które on wziął z ukłonem dziękczynnym; ale przez pół minuty jeszcze nie odchodził. Oboje stali, nagle zmieszani, z tajonemi wspomnieniami wspólnej wiosny życia. Umilkli, spoważnieli, ale oczy ich przez tę połowę minuty nie rozłączały się z sobą i śmiały się do siebie.
Kiedy nakoniec Roman odszedł, Irena stanęła u okna, plecami zwrócona do pokoju i stała tak długo, że Bronia, kilka razy wzrok na nią podniósłszy, zawołała:
— Iruś! zróbmy już lekcję, bo do obiadu trzymać mię tu będziesz i nie będę miała czasu pójść do gołębi...
Irena odwróciła się, a dziewczynka, popatrzywszy na nią swemi żywemi, roztropnemi oczyma, zawołała:
— Iruś! czego ty taka smutna?
Była istotnie tak smutną, jaką Bronia nigdy jeszcze jej nie widziała.