— I po wszystkiem! śmiejąc się potwierdził Stefan.

Umilkli. Roman rzucił się na krzesło u okna i, wypuszczając z ust nitki dymu papierosowego, patrzył na liście, poruszające się u szczytu wiązu. Stefan kreślił na papierze jakieś cyfry; Domunt, z głową, opartą na ręku, zamyślił się smutnie. W dole, na ganku domu, warczała maszyna do szycia, ale po chwili umilkła i ptak błękitny wzbił się ku liściom, poruszającym się na drzewie. Głos kobiecy nucił piosnkę, której nietylko nuta, ale i słowa dochodziły tu wyraźnie:

Latem brzózka mała

Z liściem rozmawiała:

«Rzucisz, listku złoty,

Mnie w jesienne słoty»...

I umilkła. Maszyna zawarczała znowu. Rzecz była dość dziwną, ale to nucenie głosu dobrze znanego, wzmagało niepokój i rozdrażnienie Romana. Możnaby powiedzieć, że ptak błękitny dorzucał swoje słowa do rozmowy, toczącej się w pokoju na górze, i wplątywał się w jej przędzę. Roman wstał i, chodząc po pokoju, znowu mówić zaczął:

— Ostatecznie, może ja ciebie, Kaziu, i rozumiem! Po jakichś wielkich burzach i przygodach, które przebyłeś... po jakichś rozczarowaniach wielkich, które znać po tobie, taki sposób życia, takie zajęcia, takie stanowisko, to przystań, port, odpoczynek... naturalnie, to rozumiem... ale czego nie rozumiem...

Uśmiechnął się.

— Czego nie rozumiem, to tego, że, dopływając do portu tak nadzwyczajnie, tak arcyskromnego, wydajesz się zadowolonym, prawie uszczęśliwionym, jakbyś przybijał do greckiego Sybarys...