Stefan wstał i po raz pierwszy od przybycia Romana poufale położył mu dłoń na ramieniu.

— Mój braciszku — rzekł — to już jest magja, to należy zupełnie do dziedziny tej magji, o której wspominałeś przed chwilą...

— Albo jeżeli wolisz — dodał, śmiejąc się, Domunt — jest w tym pasztecie, jak się twój stryj wyraża, taki trufel, który tak pachnie...

Śmieli się obaj, ale Roman, z rumieńcem wzburzenia na policzkach i z przekąsem w głosie rzucił:

— W tym małym paszteciku jest taki wielki trufel...

— A tak — potwierdził Stefan — historja to zresztą bardzo pospolita, że na dnie rzeczy małych można odkryć wielkie.

— Trzeba tylko znać magję — z kolei zaśmiał się Roman, ale śmiech jego brzmiał fałszywie. Nie chciał przecież okazać uczuć, których doświadczał, i po chwili spróbował zmienić przedmiot rozmowy. Wskazał na kartki, zapisane na stole.

— Co to piszesz, Stefanie?

— Prawie nic; gromadzę trochę wiadomości etnograficznych o tych stronach i uszczęśliwiam niemi niekiedy jakiś organ specjalny.

— Dziwię się, kiedy możesz znajdować czas na rzeczy takie.