— Dziękuję ci, kuzynko, jestem istotnie chorym, ale na taką chorobę, z której człowieka wyleczyć może tylko jego wola własna.

Szybko cofnęła mu rękę, ale z rozbłysłemi oczyma zapytała:

— Jakaż to choroba, kuzynie?

— Kaprysy — odpowiedział — nic, tylko kaprysy.

Poczem, patrząc na strumień, powoli mówił dalej:

— Człowiek goni marę, która mu się piękną wydaje, a gdy ją pochwyci, już jej nie chce, i gryzie się tem, że nie chce; czegoby zaś chciał, sam nie wie dobrze.

Słuchała uważnie, potem z uśmiechem, który jednocześnie wytryskał na ustach i w oczach, odpowiedziała:

— To jest rzeczywiście jakiś człowiek kapryśny. Nie znałam jeszcze takiego.

— Poznajże teraz — z żartobliwym ukłonem rzekł Roman.

Równie żartobliwie dygając, odrzekła: