Lecz naówczas6 dostąpiłem i tego zaszczytu, iż wyżej wspomniany artykuł ściągnął na mnie gromy zapalczywego generała Komarowa7 w „Świecie”8. Jak to! jakiś tam polski pismak ośmielił się napisać, iż krwawe represje Murawjewa9 wstrząsnęły młodocianym a wrażliwym umysłem Elizy i niezatartym piętnem odbić się później musiały na całej jej autorskiej twórczości! I to gdzie! w piśmie pani Adam10, tej najżarliwszej popleczniczki sojuszu francusko-rosyjskiego. Odpowiedziałem generałowi listem otwartym, ogłoszonym w „Kraju”11, a powtórzonym przez całą niemal prasę rosyjską. Niestety! były to czasy, kiedy w młodzieńczej jeszcze naiwności sądziłem, iż dość z naszej strony wyciągnąć rękę, by w niej wnet spoczęła przeciwnika dłoń, w tym wzajemnym przekonaniu, że dwa największe narody słowiańskie jedynie we wspólnym porozumieniu i działaniu osiągnąć zdołają pełny rozwój swych przeznaczeń dziejowych...
Chciałbym zakończyć te notatki wspomnieniem o moich dalszych zabiegach, aby sława wielkiej pisarki szeroko rozjaśniała na Zachodzie. Niech mi to nie będzie poczytanym za brak skromności, lecz raczej za chęć złożenia czci i hołdu cieniom zmarłej. Stosownie do jej życzenia, jeszcze w 1902 roku przełożyłem Meira Ezofowicza na język francuski, przełożyłem w całej rozciągłości, trzymając się jak najściślej tekstu. Przekład ten ukazał się w przeszłym dopiero roku na półkach księgarskich w Paryżu. Opracował go, skrócił, przetworzył swym świetnym, barwnym stylem, wreszcie powołał do życia na mocy swych rozległych stosunków i wpływów literackich pan Bronisław Kozakiewicz12. On sam się podjął wszystkich zabiegów wydawniczych i dlatego słusznie — za moją zgodą — jego tylko imię i nazwisko figuruje na okładce książki. Lecz niechże dzisiaj, w tym dniu narodowej naszej żałoby, to ciche moje współpracownictwo13, które tu ujawniam, będzie jakoby asfodelą14, rzuconą przeze mnie na mogiłę, w której snem wiecznym na zawsze spoczęły — wielkie serce, wielki umysł i wielka polska dusza.
Antoni Wodziński15
I
Grodno, 22 lipca 1896 roku
Nie zajęcia, spomiędzy których list ten poczytywałam za najpilniejsze, lecz długa seria upałów prawdziwie afrykańskich, a potem trochę osłabienia i niezdrowia, przeszkodziły mi wcześniej spełnić życzenie Pana. Nie wiem, czy i teraz sprostać zadaniu będę mogła. Nic nie jest tak trudnym, jak kreślić portret własny. W szczerość wyznań św. Augustyna16 wierzyć wypada, jako w nadprzyrodzoną cnotę świętego; ale wszelkie inne Confessions17 zawierają mnóstwo toalety, raczej tatuażu, na czarno lub na różowo, jak autorowi wydawało się korzystniej, lecz zawsze tatuażu. Przy tym odwykłam od zwierzeń. Od dawna już odkryłam, że zwierzenia — to strumyki, które z serc zwierzających się wytryskając, nie dosięgają serc słuchaczy, bo po drodze krzepną im na ustach w kształcie — poziewania. Doświadczam więc ambarasu18 wielkiego, mając pisać o sobie, nie wiem po prostu, jak i co mianowicie pisać, tym bardziej, że jak Pan zapewne spostrzegał, każdy z nas ma w życiu swoim, w duszy swej, coś takiego, czego dla różnych przyczyn wykryć nie może, a co częstokroć rozwiązuje właśnie zagadkę jego życia i duszy. Jednak za ambaras doświadczany wdzięczną jestem Panu, bo któryż z autorów nie posiada ambicji być poznanym na szerokim świecie? Pisać więc będę, nawet długo, ale racz Pan przebaczyć, że prędko i bezładnie, bo gdybym rozważała i komponowała, nie napisałabym nic wcale, tak lękam się tatuażu, tak byłabym prześladowana myślą o metamorfozie zwierzeń moich w Pana — poziewanie.
Spisem tytułów wszystkiego, co napisałam, uwagi Pana trudzić nie będę. Jest tych tytułów: powieści i nowel, pewno około półtorej setki. Tomów 47 wydał S. Lewental19 i ten spis dostać łatwo; ja go u siebie nie mam. W to zbiorowe wydanie wiele rzeczy późniejszych nie weszło. O ile pamiętam, istnieją poza nim: Pierwotni, Mirtala, Czciciel potęgi, Wieczór zimowy (zbiór nowel), Panna Antonina (zbiór nowel), Jędza, Dwa bieguny, Westalka, Bene Nati, Australczyk, Pieśń przerwana, Melancholicy (zbiór nowel), oprócz tego obrazki i nowele rozrzucone po pismach i jeszcze w książkę niezebrane, także społeczne rozprawki, np. Kilka słów o kobietach, Patriotyzm i kosmopolityzm etc. Pod względem ilościowym to dużo. Nikt z moich współczesnych współtowarzyszy pióra więcej albo i tyle nie napisał. Pod względem jakościowym? Nie bardzo wiem, co o tym sądzić; trochę jednak sądzę, zanim jednak sąd mój o pracach swoich wypowiem, muszę wyznać, że posiadania zdolności pisarskich, nawet w mierze znacznej, pewną jestem. Co z nich uczyniłam, może raczej, co życie pozwalało mi z nich uczynić, rzecz inna, ale istniały one we mnie od kolebki, były siłą, która zarządziła moim życiem. Pierwszy tego dowód czerpię z niezwykłych cech mego dzieciństwa. O tym dzieciństwie moim znajdzie Pan trochę szczegółów w studium Piotra Chmielowskiego20, które poprzedza powieść Bene Nati (piękne wydanie z ilustracjami Stachiewicza21), także w obrazkach Z pożogi, w tomie zbioru Lewentala pt. Drobiazgi. Nie powtarzając tego, co już drukowane, wysnuję tu dla Pana, z mgieł przeszłości, kilka znamiennych szczegółów.
Zupełnie nie pamiętam siebie nieumiejącą22 czytać po polsku i po francusku. Ta umiejętność musiała mi przyjść z niezmierną łatwością, bo zupełnie nie pamiętam ani kto, ani kiedy, ani jak mnie uczył. Pomiędzy 5. a 10. rokiem życia, to jest od pierwszych wspomnień wyraźnych do wejścia mego na pensję, przepadałam za czytaniem, w lat 6 czy 7 także za pisaniem i za robotami ręcznymi, o ile były barwne, bo jak dziki człowiek miałam namiętność do barw i — eheu23! — zachowałam ją dotąd. Teraz jeszcze dobieranie barwnych włóczek, jedwabiów, kwiatów sprawia mi przyjemność, w dzieciństwie już sprawiała bardzo żywą. Wzrastałam dość samotnie, bez rówieśnic, w towarzystwie jednej tylko siostry, nieco starszej24, z którą kochałyśmy się bardzo i miałyśmy upodobania jednostajne25, która jednak, jako starsza, więc systematyczniej ucząca się, a potem słaba fizycznie, nie zawsze dotrzymywała mi towarzystwa. Ale lubiłam być samą, nie nudziłam się nigdy, wiecznie zajęta, nawet zentuzjazmowana jakąś książką, myślą, robotą. Już wtedy ogarniało mnie i unosić zaczynało na fali samotnej życie umysłowe i po trochu artystyczne. Pomiędzy 5. a 10. rokiem życia byłam zdolną całymi godzinami czytać, bazgrać, wyszywać na tkaninach barwne wzory z głębokim zadowoleniem, sprawianym przez żywość wrażeń, których przy tych zajęciach doświadczałam. Konieczne przerwy znosiłam z przykrością i do przedmiotu zajęcia wracałam z zapałem, gdy tylko mogłam. Co czytałam? Rzeczy najrozmaitsze. Dom był pełen książek. Co pisałam? Powiastki. Rzecz dość dziwna: układałam także dramaty, ale tylko w głowie; odegrywałam26 je nawet przed samą sobą, albo przed siostrą, ale żadnego z nich nie napisałam. Powiastki pisałam zawzięcie. Nad niektórymi z nich pamiętam siebie płaczącą rzewnymi łzami; były wielce dramatyczne — szło w nich o kogoś niewinnie posądzonego, skrzywdzonego, więzionego, wcześnie umierającego itd. Siostra moja także pisała, ale więcej rysowała. Ciągle rysowała, dopóki drobnej ręki jej nie obezwładniła śmierć. Jedna z nauczycielek, których miałyśmy wiele, przepowiadała nam przyszłość autorską i artystyczną. Matka nasza słuchała tego niechętnie. Wiele czasu upłynęło zanim zrozumiałam głęboką, macierzyńską rację tej niechęci. Pragnęła przede wszystkim dla córek swych szczęścia, które gnieździ się najchętniej w naturach najpospolitszych. Nie zachęcając, matka nasza nie przeszkadzała nam iść ku przeznaczeniu. Byłyśmy swobodne i samotne. Zabawy nasze przybierały zawsze postać improwizowanych dramatów, bajek itd. Były w tym reminiscencje27 czytywanych książek, ale i wiele fantazji własnej. O tym wszystkim trochę szczegółów w źródłach wyżej wspomnianych. Gdy siostra moja, bardzo chora, nie wstawała już z pościeli, godzinami przesiadywałam przy niej, opowiadając jej bajki i powiastki naprędce improwizowane. Ona wzajem28 opowiadała mi swoje niby sny, niby marzenia, w których, doprawdy, o ile pamiętam, bywały rzeczy śliczne, pełne fantazji lotnej i gorącej. Pomimo jej choroby i mego nad nią żalu, bawiłyśmy się wówczas wybornie. Rozwijałyśmy się, jak kwiaty przedwczesne nad śniegiem; bujniejszy zginął, drobniejszy przetrwał, na zawsze smutny tym, że został samotnym.
Więc niezwykle wcześnie rozwijające się życie umysłowe. A druga rzecz: skłonność do usposobienia, którego inaczej nazwać nie umiem, jak melancholią. Byłam wesołą, lada co cieszyło mnie i rozśmieszało; ilekroć nie oddawałam się ulubionym zajęciom, kąty domu były pełne mego gadania i śmiechu. Ale ze zwykłym towarzyszem dzieciństwa, chochlikiem figlów i śmiechu, mieszkał we mnie duszek inny, który często, bez widocznej przyczyny, rozżalał się i szlochał. Budziły go do życia wewnętrzne zjawiska najrozmaitsze. Na przykład: szara godzina, salon pusty, obszerny, w jednym z jego kątów siedzę na szerokiej kanapie, otoczona lalkami i papierowymi figurkami, z których razem z siostrą układałam przed chwilą jakąś scenę historyczną, np. wjazd do Krakowa Władysława Jagiełły29, wesele Jana Zamoyskiego z Gryzeldą30, ucztę w Czarnolesiu31 (wedle opisu w odpowiednich książkach). Siostra odbiegła, zostałam sama, zajęta, wesoła, wtem ktoś w dalekim pokoju zagrał na fortepianie, innym razem katarynka uliczna zajęczała za oknem — we mnie, razem z muzyką i zapewne z zapadającym zmrokiem, powstaje smutek — nie wiedzieć czego, tęsknota, nie wiedzieć za czym, opuszczam ręce, nieruchomieję, zapominam o zabawie, o niczym nie myślę, tylko czuję, że mi coraz smutniej... smutniej... jakby niewidzialna dłoń jakaś cisnęła mi w dół czaszkę, jakby z dna piersi podnosiła się mgła ciążka i boląca. Sama nie wiem, co mi jest, tylko czuję, że jest mi źle, wtem muzyka ustaje, do pokoju wnoszą lampę, mój duszek rozżalony milknie, ucieka, pozostawiając dziecko znowu wesołe, wiecznie czymś zajęte, zentuzjazmowane.