Albo: na wsi, w chmurny i chłodny dzień letni, wyprowadzają nas na ganek, abyśmy nieco odetchnęły świeżym powietrzem. Ciepło ubrana, siedzę na ławce i patrzę, jak topole, okrążające dziedziniec, pochylają szczyty ku sobie i odchylają je, w niedużym wietrze. Wiatr nieduży, więc ruchy drzew powolne, rytmiczne, szum cichy. Patrzę, słucham i zaczyna mi robić się smutno, coraz smutniej, nie wiem i nie zapytuję siebie, dlaczego? Dla niczego zupełnie, dlatego tylko, że topole kołyszą się pod chmurami z wolna, rytmicznie.
Ciepły ranek jesienny. Wychodzimy z nauczycielką za ogród. Niebo białe, nad polami stoją szarawe mgły. W dali, za mgłą, widać czarny pas lasu i od niego to nie mogę wprost oczu oderwać. Stoję i patrzę na las czerniejący w półokrąg za mgłą szarawą, uprowadzona dalej, przystaję ciągle, oglądam się i jeszcze patrzę, czując zarazem, że mi smutno, tak smutno! A po głowie wiją się pytania: co tam za tą mgłą? co za tym lasem? Wyraźnie pamiętam te pytania i ten smutek, budzone we mnie przez widok czarnego lasu, stojącego za cichymi polami i szarawymi mgłami.
Te bezprzyczynowe smutki i tęsknoty szły na mnie także od zórz wieczornych, płonących na niebie szkarłatem i złotem, z dna wszelkiej ciszy, napełniającej bądź dom, bądź ogród lub pole, z uderzeń zegara wśród ciszy, z odgłosu dalekich dzwonów, z ech, lecących lasem. Tak, jak na barwy, byłam niezmiernie czułą na dźwięki i obie te wrażliwości pozostały mi na zawsze. Pozostała także skłonność do smutku, tylko że teraz widzę jasno jego przyczyny, usiewające, jak ziarna, naturę świata i moją.
To drugi szczegół znamienny mego dzieciństwa. A trzecim było wybujałe do namiętności uczucie patriotyzmu. To już nie było bez przyczyn zupełnie jasnych. Odziedziczenie i wychowanie. Po ojcu i matce pochodziłam z rodzin szlacheckich, posiadających tradycje męczeństw i poświęceń. Dom był pełen patriotycznych emblematów, rysunków, wierszy, książek i — opowiadań. Babka moja pamiętała z dzieciństwa dwór Stanisława Augusta; bona staruszka, Niemka spolszczona, widziała ostatni sejm grodzieński i znała niektórych panów, którzy w nim udział brali. W Grodnie, gdzieśmy spędzały zimy, istniały (istnieją jeszcze) obszerne wspomnienia: dom, w którym umarł Batory32, zamek, w którym zdesperowany Rejtan leżał u progu sali sejmowej33, dworki, w których mieszkali przybyli na sejmy Ogińscy, Sapiehowie etc., gmachy wzniesione i ogrody zasadzone przez Tyzenhausa34. Wszystkie nazwiska te pamiętam od tak dawna, jak samą siebie, z każdym z nich wiązały się w domu naszym opowiadania, podania, legendy; o nich, o mnóstwie innych imion i scen polskich mówiono w domu wiele. Zaledwie odrosłyśmy nieco od ziemi, deklamowałyśmy na pamięć śpiewy historyczne Niemcewicza, wkrótce potem wyjątki z Wallenroda i Tadeusza. Wszystko to wzniecało egzaltację w dzieciach bardzo do niej skłonnych. Bywały dnie, w których, pod wpływem lektur i rozmów, po prostu kochałyśmy się w Zamoyskim, Chodkiewiczu, Batorym, Czarneckim, Kościuszce. Przychodziły nam do głowy myśli o potrzebie przygotowywania się do bohaterskich ofiar i czynów. Przez czas pewien, aby wyrobić w sobie wyrzeczenie się i męstwo, nie jadałyśmy potraw i przysmaków najulubieńszych, udając przed starszymi, że już ich nie lubimy; gdy cokolwiek bolało nas fizycznie, lub spotykała nas przykrość jakakolwiek, nie skarżyłyśmy się przed nikim, znosiłyśmy cichutko, zachęcając się wzajem do cierpliwości i milczenia. Bo — mówiłyśmy sobie — nie będziemy przecież płakać i jęczeć, cierpiąc za ojczyznę. Wiadomość o takich cierpieniach dochodziła nas różnymi drogami: przez książki, opowiadania i zdarzenia rodzinne, ale była w nas obu strunka bohaterska, która skłaniała umysły dziecinne do szczególnego lubowania się w ich obrazach i niejako brania w nich udziału intencją, chęcią, admiracją. Dominowało nad tym wszystkim głębokie uczucie krzywdy, głębokie przekonanie, że Polska jest skrzywdzona — donkiszotowskie też pragnienie stawania w obronie skrzywdzonej.
Więc wcześnie rozbudzone życie umysłowe, wrażliwości na objawy świata zewnętrznego takie jak barwy, dźwięki, zmroki, blaski, cisze etc., bezprzyczynowe smutki, entuzjazmy i egzaltacje uczuwane dla abstrakcji, dla idei, a przy tym wszystkim, czysto kobieca, bardzo śmieszna, wybujała — próżność. Przepadałam za strojami, za pięknym zaprzęgiem u powozu, za ładnymi sprzętami w mieszkaniu. Szczególniej do wstążek miałam prawdziwą namiętność; gdyby pozwalano, obwieszałabym się nimi jak fetysz, ale nie pozwalano, więc wymarzałam sobie cudownie stroje z nich i usiłowałam w części przynajmniej spełniać to marzenia. Nigdy żadna suknia nie była dla mnie dość ładna i gdy mi dawano błękitną, chciałam różowej. Raz zalewałam się łzami dlatego, że nie założono koni w mój ulubiony sposób, przestając pomnieć35, że trzeba będzie mężnie cierpieć za ojczyznę. Bardzo lubiłam pochwały, chętnie popisywałam się ze wczesnymi umiejętnościami mymi: biegłością we francuszczyźnie, erudycją historyczną, wyszywaniem na kanwie wszelkimi możliwymi ściegami. Lubiłabym też zapewne, gdyby chwalono moje utwory literackie, ale chwaliła je tylko siostra i jedna z nauczycielek; inni nie zwracali na nie uwagi, może dlatego, że matka nasza nie była im przychylną...
Tyle tylko o tej epoce życia, od lat mniej więcej 5 do 10, zakończonej śmiercią mojej jedynej siostry, Klemusi, i oddaniem mnie na pensję panien sakramentek warszawskich36. Dlatego na tę pensję, że się na niej wychowały dwie bliskie krewne mojej matki. Tam przepędziłam pięć lat, wywożąc z klasztoru na całe życie wspomnienie miłe i wdzięczne. Nauki były małe, ale strona moralna wysoka i czysta. To oddało mi w przyszłości usługi ogromne, ustrzegło przed wielu rafami tej strasznej rzeki, którą częstokroć bywa życie. Bazgrałam na pensji wiele i prozą i wierszami, nauka, jaka tam była, wydawała mi się łatwą zabawą, trochę miałam biedy z koniugacją niemiecką, ale to tylko dlatego, że niemczyzny w ogóle nie lubiłam. Co lubiłam, tego uczyłam się jednym haustem, wpadając w zdumienie na widok mozołów i utrapień koleżanek. Na bazgranie wiele czasu zostawało, lecz wkrótce miała zajść w nim kilkuletnia przerwa. W rok niespełna po powrocie z pensji, w niespełna 16 lat życia, wyszłam za mąż. Dlaczego tak wcześnie? Nie mogę powiedzieć. Mnóstwa rzeczy, mówiąc o sobie, człowiek uczciwy powiedzieć nie może, bo nie jego tylko tyczą się, lecz i innych. Używać tatuażu dla upiększenia siebie — nieładnie, ale dla oszpecenia innych — nie wolno. Dlatego przeskakuję dużą i ważną część mego życia i w drugiej części tego pisania ukażę się już Panu — autorką.
Ale tę drugą część wyślę osobno, a tę posyłam teraz, jako znak życia, aby mnie Pan nie posądzał dłużej o zaniedbanie w spełnieniu przyrzeczenia.
Racz Pan najłaskawiej oznajmić mi dwoma słowy37, czy kartki te doszły Pana i czy na cokolwiek się przydadzą, a ja tymczasem pisać będę dalsze.
Z wysokim szacunkiem
El. Orzeszkowa-Nahorska