— Nie znasz ty swego szczęścia i nie rozumiesz... głupia... — zaczęła Marcela, ale Franka gwałtownie jej przerwała:
— Zabił on mnie tą swoją dobrocią, zamordował tak, że już żyć na świecie nie mogę... z samego strachu żyć nie mogę...
Wstrzęsła się całem ciałem i zaszeptała:
— Jezus Marja! Jezus Marja! Jezus Marja! Żebym mogła, to, zdaje się, zabiłabym ją, jak tę wściekłą sukę!
— Kogo? — zapytała przestraszona żebraczka.
Franka szeptała dalej:
— Stoi mnie przed oczyma i stoi... gdzie obrócę się, wszędzie ją widzę... a taka straszna!
— Któż to taki? mojaż ty mileńka! Któż to tak ciągle przed oczyma tobie stoi?
Franka spojrzała na nią zdziwionym wzrokiem.
— A jaż sama! — odpowiedziała.