Stała przed oknem wpół przysłoniętem firanką, zamyślona, nieruchoma, z czołem opartem na dłoni; a promyk słońca różowy wnikał ciągle przez szyby, ślizgał się po sukni, i zdawał się całować jej warkocze.

Nagle drgnęła i odwróciła się, bo posłyszała za sobą głos męzki.

Pan Gaczycki stał w salonie o parę kroków od progu pokoju w którym była, z kapeluszem w ręku, zimny i obojętny już jak zwykle.

— Dobry wieczór pani, mówił do niej z lekkim uśmiechem; przebacz pani, że przerywam jej zamyślenie, ale stoję już od kilku minut około progu tego, i czekam, aż będę mógł zostać przyjętym przez panie domu.

Wanda uprzejmie postąpiła ku niemu, i wszedłszy do salonu podała mu rękę.

— Przebacz pan, żeś czekał, wyrzekła z serdecznym uśmiechem; spodziewałyśmy się nawet z mamą widzieć pana, bo przecie same prosiłyśmy go wczoraj, abyś nas odwiedził. Ale służba nie oznajmiła nam pana przybycia sądząc zapewne, że się znajdujemy w salonie. Tymczasem mama dziś trochę cierpiąca i nie opuszcza od rana swego pokoju, a ja byłam w tej chwili zajęta naszą biedną Andzią.

Pan Gaczycki nie spuszczał wzroku z Wandy. Czy nie miał siły oderwać oczu od jej twarzy? czy pragnął coś na niej wyczytać? Po chwili odezwał się:

— Ja także proszę panie o przebaczenie, i to za winę mocno wykraczającą przeciw przyjętym towarzyskim formom. Od kwadransa może lub więcej stałem tu sam jeden, i przez drzwi półotwarte przypatrywałem się staraniom jakiemi pani otaczasz to biedne chore dziecię.

Lekki rumieniec zabarwił policzki Wandy.

— Starania te są dla mnie bardzo miłe, odrzekła; dziecię to, które mając rodziców może się zwać sierotą, wzbudza we mnie niezmierne współczucie. Odkąd je mam u siebie ciągle o niem myślę; mam cel każdego dnia i zajęcie każdej godziny. i szczerze wdzięczną panu jestem, żeś je powierzył naszej opiece. Matka moja także się bardzo zajmuje chorą dzieciną.