— O tem że matka pani zajmie się losem biednego dziecka, znając oddawna wielką dobroć jej serca, nie wątpiłem ani na chwilę, przerwał Gaczycki; ale wyznam pani otwarcie, że nie przypuszczałem abyś pani tak młoda mogła żywo zainteresować się staraniami, któreby wiele osób w jej wieku za uciążliwe uważało...
Wanda podniosła na niego zdziwione oczy.
— Dla czegóżby mię to dziecię i starania około niego żywo zająć nie miały? odrzekła z prostotą. Wszakże nie ma na świecie większego zadowolenia, a nawet szczęścia, jak uczynić komuś dobrze, ulżyć czyjemuś cierpieniu, sprawić komuś przyjemność, tembardziej jeśli ten któś potrzebujący naszej pomocy jest biednem, niewinnem dzieckiem, które nic jeszcze nie uczyniło złego a już cierpi.
— Poczucia te pani wzbudzają we mnie uwielbienie, wyrzekł Gaczycki.
Słowa te wydawały się w jego ustach zwyczajną tylko, a przez światowego człowieka wygłoszoną grzecznością. Ukłon, który im towarzyszył był sztywny, a twarz została przy nich obojętną. Tylko w oczach, w dalekiej głębi blado-błękitnych źrenic zapłonęły mu żywo dwie srebrne iskierki, zamigotały i znikły prędko. Iskierek tych nie dojrzała Wanda, bo pan Edward siedział plecami zwrócony do okien; uśmiechnęła się więc tylko i odrzekła:
— Uwielbienie! to za wielki i zbyt brzmiący doprawdy wyraz, dla tak prostego faktu, jak przyjęcie w domu i otoczenie opieką nieszczęśliwego dziecka.
Gaczycki nic nie odpowiedział, ale dwie iskierki w głębi oczów zapłonęły żywiej jeszcze jak wprzódy, i zwrócone ku twarzy Wandy długo nie gasły. Nie chciał może by je ona ujrzała, bo powstał i zbliżył się do rysunku rozpiętego na rejsbrecie pod oknem.
Przedstawiał on krajobraz narysowany z natury wprawną i umiejętną ręką Wandy. Był zupełnie prawie ukończony, i potrzebował tylko ostatecznych wycieniowań; a Gaczycki poznał w nim owo miejsce w zamiejskim borze, w którem nad brzegiem parowu po raz pierwszy Wanda w obec niego spotkała Augusta. Na rysunku była właśnie ta część przepaści nad którą wtedy stali wszyscy troje; wysokie sosny powiewały wokoło, a na przeciwległej stromej ścianie parowu, śród gruppy drzew i krzewów, widniał krzyżyk.
Niewiadomo dla czego, ale rysunek przypominający miejsce poznania się Wandy z Augustem, widocznie przykro uderzył oczy pana Edwarda; bo odwrócił się i ujął książkę, która otwarta leżała na pobliskim stole. Spojrzał na tytuł i rzekł.
— Jak widzę pani się trudni poważną literaturą.