I przy tych słowach dziwny uśmiech, w którym była i gorycz i litość i ironja, wydarł się na jego usta.
Anastazja jęknęła z głębi piersi, i rzuciła się na fotelu.
— Ha! krzyknęła, więc ty śmiejesz się i szydzisz z tego żem śmiała mieć choćby nadzieję! Tak... byłam szalona! Dziś jeszcze gdy poczułam dawno nieznaną rzeźwość w biednem schorzałem ciele mojem, poczułam także nadzieję wstępującą do piersi... Myślałam że wróci mi zdrowie i że będę miała jeden jeszcze, choćby jeden dzień radości i szczęścia na ziemi... Tak... kiedy promień rannego słońca zajrzał do mego pokoju, widziałam na nim zwieszoną twarz twoją... i wstałam rzeźwa jak dawno, i jak arlekin ustroiłam się w łachmanki, myśląc że one mię ozdobią i piękną uczynią jak niegdyś, i byłam dość śmieszna, aby łudzić się marzeniem że zdołam obudzić w twem sercu choćby cień dawnego dla mnie uczucia... O, jakże byłam bezrozumna, szalona!...
Z ostatnim wyrazem wybuchnęła śmiechem okropnym.
— Szalona byłam! szalona! wołała z całej siły, i obu rękami szarpała włosy targając warkocze i zwinięte nad czołem pasma; szalona byłam, powtórzyła raz jeszcze, kiedym sądziła że to co umarło odżyć może... że żywy człowiek kochać może trupa... że lampa zgasła błyśnie raz jeszcze pięknem światłem... szalona byłam! szalona!
Z łkaniem okropnem, bo łez pozbawionem, oparta na poręczy fotelu, oczy zamknęła, a roztargane jej włosy całkiem prawie twarz jej pokryły, ukazując tylko sine drżące wargi, i część żółtych pomarszczonych policzków.
August milczał. W chwili bezpamiętnego uniesienia Anastazji, wzrok jego mimowoli wybiegł po za szyby, i zawisł na oknach pierwszego piętra przeciwległej kamienicy. Tam błysnęło białe ramię, i drobna ręka otworzyła jedno z okien. Potem w ramach utworzonych z fałd śnieżnej firanki, ukazała się prześliczna postać kobiety młodej w białej sukni, z twarzą przezroczystą i łagodną, z płowemi włosami nad wzniesionem ku górze czołem. Ukazała się na mgnienie oka, i wnet zniknęła w głębi pokoju; ale oczy Augusta widziały ją ciągle, i ujrzały obok fotelu, na którym w dzikiem uniesieniu i z rozczochranemi włosami bezwładnie leżała Anastazja.
Nic straszniejszego jak porównanie, nic bardziej mogącego przerazić jak kontrast. Szatan jest dopiero szatanem, gdy obok anioła stanie; anioł u wrót czeluści piekielnych, wydaje się samym Bogiem. Gdybyś nie znał światłości, ciemność znośnąby ci była; nie ukochałbyś tak światła, gdybyś nie nienawidził cieniów.
W oczach Augusta, obok starości, brzydoty, bezmyślnego szału i pełnego złości szamotania się Anastazji, stanęło w postaci Wandy uosobienie wdzięku, dobroci, słodkiego spokoju — tego spokoju który na całe istnienie człowieka rozlewa morze rozkoszy, i głowę jego kołysze do myśli wzniosłych, i miłością sposobi mu serce do czynów wielkich.
I miał widzenie niezmiernej rozkoszy i rozpaczy pełne. Wydało mu się, że tam u kominka, pod dachem jego, w cichym kątku domowego jego ogniska, zamiast bezwładnej, fizycznie szalonej namiętnością i gniewem kobiety, siedzi cudowna postać dziewicy o słodkiem licu; szafirowe oczy jej patrzyły na niego z głęboką, łagodną, bezgraniczną miłością, a biała suknia i śnieżne czoło różowiały od blasku płonącego cicho żaru, a może i od ognia jaki tryskał z piersi jego, i przez oczy przelewał się na nią.