Wczoraj — tak, wczoraj jeszcze oczy jej patrzyły na niego tak dziecięco — niewinnie, tak bezwiednie-kochająco! smutek nagły powlekł jej lice, i w głębi źrenic błysnęły dwa łez brylanty...
Przypomniał to sobie, i myśl błyskawiczna głowę mu przebiegła: onaby mię kochała! ona byłaby moją!
O boleści!
Podniósł wzrok, i spojrzenie jego upadło na sine wargi i pomarszczone policzki Anastazji, widniejące z za rozczochranych włosów, i drgające spazmatycznie od złości, choroby, i bezsilnej rozpaczy.
Zdało mu się że wulkan jakiś w nim zawrzał; poczuł że w głębi piersi jego zaczęło się coś burzyć i jęczeć i syczeć, i dziwne, nieznane mu dotąd poczucia podnosiły się w nim, i dławiły go potokiem goryczy i głuchego gniewu. Poczuł w sobie instynktowną jakąś nienawiści pełną moc, pchającą go ku tej kobiecie, która zatruła jego młodość, zabiła w nim natchnienie, rzuciła go na niewłaściwe drogi, i teraz jeszcze mąciła mu wciąż z trudem zdobywany spokój ducha, i stała na drodze do szczęścia.
Postąpił kilka kroków ze zrumienioną twarzą i drżącemi usty.
Cóż miał uczynić?
Czy rzucić obelgę na głowę i tak niezmiernie nieszczęśliwej kobiety? Nie uczynił tego.
Zatrzymał się, spuścił czoło ze wstydem i szybko wybiegł z mieszkania.