Od trzech dni, to jest odkąd dziwne opowiadanie pana Gaczyckiego pobudziło ją do myślenia nad tem co się z nią od pewnego czasu działo, Wanda łamała się ze swemi myślami, starała się zrozumieć siebie; ale myśl jej nieposłuszna i niedoświadczona nie potrafiła ani razu nazwać po imieniu uczucia, które w sercu jej grało.

Miała tylko niewyraźne przeczucie wielkiej boleści, czuła trwogę, a zarazem tęsknotę nieznaną, nieokreśloną; a gdy zamknęła oczy zdało się jej że słyszy głuchy szum palmowej puszczy wschodniej, i widzi promyk blady ślizgający się po strunach złotej lutni, i śnieżną magnolję, pomiędzy palm liśćmi smutnie schyloną i więdniejącą.

Gdy budziła się z tych fantastycznych widzeń, pytała siebie: „byłżebyto on promieniem ożenionym z żółtą malwą a ja byłażbym magnolją?”

Wtedy zdejmował ją żal wielki, a tajemnicza jakaś siła pociągała ku oknu, i kazała patrzeć na przeciwległe okna Augusta, i szukać za szybami stęsknionem okiem cienia jego postaci.

I dla tego że tak się z nią działo, August spostrzegł był w jej źrenicach dwie łzy, których powstrzymać nie mogła; i dla tego także stała ona teraz obok niego blada, niema, zadumana, jak piękny posąg oczekujący gromu, który wnet ma weń uderzyć.

Patrzyła na łódki rybackie, które wdali ślizgały się po powierzchni wody. Wszystkie płynęły zrazu blizko siebie tworząc ciemną plamę na błękicie rzeki — i słychać nawet było niewyraźny odgłos rozmów rybaków odbijających od lądu.

Nagle z gęstej gruppy łódek wyśliznęły się dwie najlżejsze, najszybsze, i pomknęły chyżo w stronę w której stali August i Wanda.

Wanda pobiegła za niemi okiem, myśl jakaś przebiegła w oczach jej i po twarzy, i wyrzekła półgłosem:

— Czy popłyną dalej razem, czy się rozłączą?

Zaledwie to wymówiła dały się słyszeć głośne uderzenia wiosłem, łódki nagłą roztrącone siłą rozbiegły się w różne strony, i w mgnieniu oka były już daleko od siebie. Na jednej z nich odezwał się głośny wesoły śmiech rybaka; z drugiej popłynęła smutna piosnka. Jedna łódka zdawała śmiać się, druga narzekać — a echa porwały śmiech i odgłos żałości, i nad głowami Wandy i Augusta poniosły je na wzgórza — daleko. Wanda i August spojrzeli na siebie.