Zwrócił się ku gościom.

— Bo to moi panowie, niema pod słońcem mędrszej kobiety jak moja Olimpka. Tanim kosztem zdobywa zawsze piękne rzeczy. Znowu ucięła handelek, i ma nowe błękitne meble, których chciała oddawna...

Na te słowa pana Jana, błyskawiczny szkarłatny rumieniec oblał twarz Olimpji i wnet zniknął; ale odblask jego pozostał na czole pana Spirydjona, zarumienionem nieco i pochylonem nad jakiemś pismem illustrowanem.

Gaczycki przenosił wrok z gospodyni domu na jej gościa, i kolejne ich rumieńce zdawał się nizać jak paciorki na promienie swych bladych, zlekka ironicznych oczu.

— No, żegnam, żegnam państwa, zawołał pan Jan, który nawet nie usiadł; bardzo mi przykro że muszę rozstać się z tak miłem towarzystwem, ale interesa... Oj, te przeklęte interesa... Do widzenia, Olimpko.

Znowu trzy razy pocałował żonę w rękę, uścisnął gości i wybiegł.

W pół godziny potem oświetlone rzęsiście salony pani Olimpji, napełnione były towarzystwem złożonem z osób dwudziestu kilku lub trzydziestu. W towarzystwie tem znajdowały się znowu jak wprzódy trzy damy sukniami swemi składające połowę tęczy. Amarantowa dama plecami okrytemi białą mantylą, osłaniała jak zwykle przed wzrokiem profanów dwie wątpliwych wdzięków swe córy. Zielona wiodła oczami za siostrzenicą Ludwiką, przechadzającą się po salonie z młodzieńcem wyglądającym na jej konkurenta. Fjoletowa wzdychała nieznacznie spoglądając na syna, rumianego i barczystego Ignasia, który znowu siedział między piecem a fortepjanem, zdając się świadczyć przez stałe zamiłowanie tego siedliska, że piec był dla niego najpożądańszem miejscem, i że niczego więcej nie pragnął jak w ciszy i spokoju spędzić żywot w jego sąsiedztwie.

Były tam także młode panny w towarzystwie młodych mężczyzn, krążące około fortepjanu, jako około jedynego przedmiotu mogącego im dać pole popisu i tryumfu; było kilku obywateli sąsiadów ze wsi pani Rostowieckiej, spoglądających do sąsiedniego pokoju azali tam lokaje nie rozstawiają stołów do preferansa. Słowem towarzystwo było w zupełnie takim komplecie, jak przed trzema miesiącami; nie brakowało nawet starej panny o długiej twarzy i nosie koloru róży, siedzącej sztywnie i niemo, a kiwającej tylko głową na znak twierdzenia lub przeczenia; ani starego kawalera z wielką łysiną, ożywiającego kompanję umizgami strojonemi do wszystkich naraz panien, i dwuznacznemi konceptami prawionemi na ucho młodzieży.

Centrum salonu i zebrania stanowiła kanapa, na której świetniała piękna gospodyni domu, mając obok siebie amarantową damę i jej córki, a naprzeciw panów Spirydjona i Gaczyckiego. Ogniskiem zaś najbardziej ożywionej rozmowy i dowcipu była rogowa kozetka, zajęta przez Stasię ubraną w różowej jedwabnej sukni, i jej męża.

Roznoszono herbatę; towarzystwo piło, jadło, gwarzyło, śmiało się i było bardzo wesołe.