Nagle wzrok gospodyni domu upadł na pana Feliksa Rokowicza, który pomiędzy główną kanapą a rogową kozetką siedział sam jeden, i zdawał się smutnie dumać nad szklanką herbaty, którą trzymał w ręku. Nie o herbacie tej dumał pan Rokowicz: obok niego, niestety! nie było pani Teresy, tego wzoru skromnych niewiast i wiernych małżonek, a osierocony pan Rokowicz wyglądał, jak czuły gołąb po odlocie ukochanej gołębicy. Pani Olimpja zwróciła się ku niemu.

— Panie Rokowicz, przemówiła, cóż nas pozbawia przyjemności widzenia dziś między nami kochanej Tereni?

Głos gospodyni domu zbudził z zadumy pana Feliksa; podniósł głowę, ukłonił się i odpowiedział:

— Terenia... tedy... kazała panią przeprosić że dziś u niej nie będzie... ale, a więc... głowa ją boli... dziś zrana tedy była u pani Starowolskiej, i więc wróciwszy rozchorowała się na głowę... bo to państwo wiecie że Terenia bardzo często... tedy...

Niewiadomo co miał dalej powiedzieć, bo komuś z audytorjum zbrakło cierpliwości wysłuchania do końca jego zajękliwej i pełnej przysłów mowy.

— Jaka to szkoda, odezwał się któś, że nie zobaczymy dziś tej ślicznej, dobrej pani Teressy!

— O, to prawda! zawtórowano; co to za słodka, uprzejma, pełna zalet osoba!

— To wzór żon!

— I wzór prawdziwej skromności!

I długo w ten sposób chór pochwalny opiewał cnoty i zalety pani Teressy.