To rzekłszy, powstał cnotliwy człowiek świętem zdjęty oburzeniem; pełen cnoty ukłon oddał towarzystwu, i jak przystało mężowi dźwigającemu na swych barkach ciężar moralności publicznej, poważnym i miarowym krokiem udał się do swego cnotliwego domu, w cnotliwe objęcia swej cnotliwej małżonki, która czas jego nieobecności spędzała na cnotliwem wyglądaniu przez okno, azali nie zobaczy na ulicy czegoś niecnotliwego, z czemby się podzielić mogła ze swemi cnotliwemi przyjaciołkami.

Po wyjściu pana Rokowicza, wielki gwar zawrzał w salonie. Jak żmij żądła syczały języki, jak ostrza stali błyskały oczy, słowa zgrozy sypały się jak grad kamyków, ciskany przez stojących w górze na kogoś rozciągnionego w głębi przepaści. Młodzi mężczyzni uśmiechali się znacząco, kobiety z trjumfem podnosiły nieskazitelne czoła, panny spuszczały skromnie powieki wstydząc się za towarzyszkę; stary kawaler chichotał to tu to owdzie szepcąc dwuznaczne koncepta, układane na cześć panny przechadzającej się sam na sam z żonatym mężczyzną; rumiany Ignaś wzdychał potężnie między piecem a konsolą, stara panna kiwała głową na znak twierdzenia i zgrozy.

Pomiędzy tem wszystkiem wyróżnił się głos tronującej na kanapie amarantowej damy.

— Jeżeli tak zacny i moralny człowiek jak pan Rokowicz opowiada takie rzeczy o pannie Wandzie, to już z pewnością musi to być prawdą. Spodziewam się, że odtąd żadna z nas nie przypuści panny Wandy do towarzystwa swych córek!

— Ani pozwoli żeby jej synowie, porządni i uczciwi młodzi ludzie, kompromitowali się uczęszczaniem do jej domu, — zawtórowała fjoletowa dama, rzucając spojrzenia na jedynaka wzdychającego między piecem a konsolą.

— Czy uważaliście państwo, wyrzekła pani Olimpja, że pan Rokowicz nie chciał nawet opowiedzieć wszystkiego co widział i słyszał, przez uszanowanie jakie ma dla nas. To okropne! co do mnie, mam wstręt do osób które podobnie zapominają o swej godności i dumie, właściwej kobiecie wyższej towarzyskiej sfery. Przykro mi bardzo, że dotąd zachowywałam znajomość z panią Rodowską, i pierwsza robię wniosek, abyśmy jawnie i otwarcie zerwały z nią wszelkie stosunki... Upewniam państwa że przy pierwszem spotkaniu się z panną Wandą nie podam jej ręki...

To mówiąc wydobywała z kieszeni batystową chusteczkę. Nagle cóś brzęknęło i potoczyło się na posadzkę. Pierścień z wielkim brylantem wypadł z kieszeni dumnej pani, i upadł pod nogi stojącego niedaleko pana Edwarda. Pochylił się Gaczycki, i podniósł cenny klejnot, a oddając go właścicielce, rzekł do niej półgłosem:

— Nie noś pani pierścienia tego w kieszeni, bo zgubić go możesz! A szkodaby go była, gdyż to klejnot piękny i... drogo nabyty!..

Słowa te, wypowiedziane bardzo obojętnym tonem, jak grom spadły na głowę Olimpji. Zbladła; ze źrenic jej strzeliły skośne promyki trwogi i gniewu. Zręcznie jednak pokryła wzruszenie, i odwracając się od Gaczyckiego zaczęła nagle ze zdwojoną złośliwością:

— Tak moje panie, uważam odtąd stosunek z panną Wandą za poniżający godność osobistą kobiety, która umie siebie cenić, i postanawiam nigdy nie przyjąć ją w swym domu, ani przy spotkaniu nie podawać jej ręki...