Zebranie zostało przez kilka chwil jak skamieniałe.
— Otóż się rozgadała! wyrzekła pierwsza amarantowa dama. Doprawdy gotowabym sądzić, że ujmuje się tak energicznie za panne Wandę dla tego, iż sama do niej podobna!
— I niezawodnie tak jest, ozwało się kilka głosów; wart Pac pałaca a pałac Paca! Obie przyjaciołki są również płoche i niemoralne, dla tego podtrzymują się wzajemnie.
Twarz pani Olimpji jaśniała trjumfem. Obok niej rozpostarły się dwa cienie, a między niemi ona sama jakże wyglądała światło! Uśmiechnęła się znacząco, i wymówiła:
— Już samo zamiłowanie pani Rumiańskiej w różowym kolorze wiele mówi... bo państwo wiecie, że kolor różowy jest symbolem...
Nie skończyła, oczy jej spotkały się z utkwionym w nią wzrokiem pana Gaczyckiego.
— W istocie, przerwał patrząc na nią swemi blademi a przenikającemi jak ostrze stali oczami; w istocie pani, każdy ma swój uprzywilejowany kolor. Pani Rumiańska otaczać się lubi barwą różową, pani niebieską... Prześliczne są nowe pani błękitne meble...
Osoby patrzące w tej chwili na gospodynią domu sądziły że wnet zemdleje; twarz jej z nagłego szkarłatu jaki ją oblał, przeszła w niezmierną bladość. Było to jednak krótkie oka mgnienie; powstała żywo i zwróciła się do jednej z panien:
— Panno Ludwiko! może zechcesz nam zagrać cokolwiek.
Panna Ludwika usiadła przy fortepjanie i grać zaczęła. Po kilku pierwszych taktach muzyki, gospodyni domu odetchnęła swobodniej i rozpogodziła zachmurzone czoło. Pana Gaczyckiego nie było już w salonie.